Clicks515
Maja 21
1

Fenomen św Sławika Kraszennikowa

Fenomen św Sławika Kraszennikowa
Opublikowano na 6 stycznia, 2016 by admin

O tej postaci po raz pierwszy usłyszałem przy okazji meteorytu w Czelabińsku.jednak wtedy nie docierały do mnie jego „proroctwa”. Myślę jednak, że są one na tyle ciekawe,że warto osobie Sławka i jego proroctwom poświęcić osobny artykuł.

1.Bóg mówi do wybrańców swoich.

Imię SŁAWIK – jest zdrobnieniem od imienia WIACZESŁAW, końcówka Sław=Sławik. Matka używała jeszcze zdrobnień: Sława, Sławoczka. Urodził się 22 marca 1982 roku, zmarł w dniu swego Anioła – 17 marca 1993 roku, na 5 dni przed osiągnięciem 11-go roku życia. W wieku 5 i pół roku (w 1987 r.) zaczął prorokować, diagnozować i leczyć ludzi z różnych chorób, w tym psychicznych, udzielając też rad w sprawach rodzinnych i życiowych. Jego misja prorokowania i leczenia trwała również dokładnie 5 i pół roku, do samej śmierci. Uzdrowił tysiące ludzi. Uzdrawianie chorych i potrzebujących obecnie trwa nadal, przy jego grobie. Tysiące ludzi, przybywających z terenu Rosji i zagranicy, przez modlitwy uzyskuje pomoc, uzdrowienie, umocnienie w wierze, nawraca się…

Przed podaniem proroctw 10-letniego Sławika, szczególnie dotyczących czasów i pieczęci Antychrysta, chipów i czipizacji, a będących tematem przedstawianego cyklu, proponuję zapoznanie się wpierw z szeregiem faktów z jego życia, które pomogą nam wyrobić pogląd na temat jego misji i proroctw.

Narodziny

Niezwykłe wydarzenia, związane z małym prorokiem, zaczęły się przed jego narodzinami lub tuż po narodzeniu. Oto trzy wydarzenia, opowiedziane przez Matkę, Walentynę Kraszennikową, zamieszczone w pierwszej książce, napisanej przez nią pt. „Cuda i przepowiednie chłopczyka Sławika” (ros. – «Чудеса и предсказания отрока Славика»). Książkę tę wydano z błogosławieństwem przewielebnego Diomida (pol. – Diomedesa – od tł.), biskupa Anadyrskiego i Czukockiego.

* Niezwykłości zaczęły się na miesiąc przed jego narodzeniem. Pewnego razu obudziliśmy się rano z mężem od jakiejś dziwnej, głośnej muzyki, płynącej jakby z sufitu. Była bardzo melodyjna, delikatna, nieziemska. Powstał w nas strach: co to? Przecież tak nie może być! Ledwo doczekałam rana i pobiegłam do sąsiadki – stuletniej prawosławnej babci, mieszkającej w naszym wejściu. Wyjaśniła: „Dobry człowiek powinien się narodzić!”. Uspokoiłam się.

* Następne zdziwienie było w klinice położniczej. Wszystkim mamom przyniesiono dzieci do karmienia, a mi – nie przyniesiono. Bardzo się wystraszyłam, ponieważ trzy lata temu w tej samej klinice zmarło nasze dziecko. Naraz otwierają się drzwi (obie połowy) i do sali wchodzi z moim Sławikiem na rękach ni to lekarz, ni to siostra w śnieżnobiałym stroju, jakby ze sali operacyjnej, w wieku około 16-17 lat. Twarz miała zasłoniętą opaską z gazy, widoczne były tylko oczy – piękne, nie dające się opisać!. Podając mi syna, powiedziała: „Dziecko urodziło się całe w pieprzykach (ros. – „в родинках” – od tłum.) i wyszła. Głos był delikatny, dziewczęcy, ale pełen siły i władzy. Kiedy dzieci zabrano ze sali, zapytałam kobiety: „Czy widziałyście, kto przyniósł mi dziecko?” Ale okazało się, że żadnej siostry nikt nie widział, zapamiętano tylko dziecko na moich rękach. Siostry takiej nikt na porodówce nie znał. Możliwe, że zapomniałabym o tym wypadku, ale za każdym razem, jak kąpałam syna, od razu przypominałam ją: dlaczego mówiła ona o pieprzykach? Przecież ich wcale nie ma! Pomyślałam, że jest młoda i nie wszystko rozumie. Ale po trzech latach na całym ciele Sławika pojawiły się pieprzyki.

* Kiedy Sławik skończył trzy miesiące, poszliśmy z wizytą do neuropatologa. Kobieta – lekarz, która znalazła się w gabinecie zamiast naszego stałego neuropatologa, który na chwilę gdzieś wyszedł, obejrzała Sławika i powiedziała:

„Dziecko urodziło się z delikatnym systemem nerwowym i psychicznym, nie wolno go szczepić”. I zrobiła w karcie taki wpis. Później, chcąc uzyskać od niej poradę, nie mogłam nigdzie jej znaleźć. Takiego „neuropatologa” nikt w szpitalu nie znał! Znikła bez śladu, jak „siostra na porodówce”. Dopóki Sławik rósł, wszyscy lekarze nie rozumieli wpisu w jego karcie, ale szczepień jednak mu nie robiono. Jedynie szczepienie od ospy zrobiono mu jeszcze na porodówce.

Początek życia (tutaj i dalej – z relacji Matki Sławika)

Kiedy przybyliśmy z porodówki do domu, przyszła sąsiadka. Oglądając niemowlę, powiedziała, że ma takie odczucie, jakby widział ją na wskroś i że trochę boi się jego przenikliwego wzroku. Później sama też miałam takie odczucie. … Minął pewien czas, nim zrozumiałam, że Sławik łatwo czyta moje myśli. Gdy miałam jakiś kłopot, on jakby od niechcenia dawał mi odpowiedź. Myślałam długo, że to przypadek. Gdy miał nieco ponad 5 lat, przenieśliśmy się z mężem (wojskowym, oficerem) do jego nowego miejsca służby – na Ural. Nie było gdzie mieszkać i ja z dziećmi pojechałam do mojej matki w województwie Kiemierowskim, a mąż został w namiocie, w lesie, przy rekrutacji poborowych, ponieważ w hotelu nie było miejsc. Bardzo się denerwowałam z tego powodu. Sławik, widząc mój stan, podszedł i po raz pierwszy otwarcie powiedział, że niedługo nam dadzą 3- pokojowe mieszkanie. Że zostało mu to „powiedziane”. Byłam zaszokowana nie tym, że w końcu dadzą nam mieszkanie, a tym, że to ktoś mu powiedział. „Sławoczka, dawno z tobą rozmawiają? – pytam. – „Zawsze, jak tylko pamiętam. I głos jest jeden i ten sam. Kobiecy, żywy. A wasze głosy obok niego są jakby martwe. I znam przeszłość, teraźniejszość i przyszłość”…

Szkoła, świadectwa Matki o jego darach, przypadki pomocy potrzebującym
a Matka Walentina Kraszennikowa i Sławik

W wieku 7 lat Sławik poszedł do szkoły. I od razu zaczął opowiadać wszystkim dzieciom o Bogu. Jego pierwsza nauczycielka mieszkała w naszym wejściu.

Pewnego razu, na lekcji, cichutko powiedział jej, że widzi w jej brzuchu maleńką dziewczynkę. Nie uwierzyła, ale lekarze potwierdzili ciążę. W szkole poszły o nim wieści. Ciekawscy zaczęli go wypytywać o wszystko, po kolei, a on im odpowiadał. Potem rozmowy o nim poszły po całym naszym woskowym miasteczku i byłam zmuszona zwrócić się do cerkwi w mieście Miass do kapłana Ojca Władimira Ziemlanowa. Porozmawiał on o czymś ze Sławikiem przy ikonie Matki Bożej. Mi nie pozwolono słuchać, o czym mówili. I Ojciec Władimir, jak ta stuletnia staruszka powiedział, że mój syn – to dobry człowiek. W tym czasie męża przenieśli na nowe miejsce służby – do Szadryńska, a starszego syna wzięli do wojska. Ale Sławik powiedział, że do Szadryńska nie pojedziemy, a ojciec wróci z powrotem do Czebarkula. Tak tez się wkrótce stało.

Kiedy zostałam sama z synem, powiedział mi, że widzi wszystkie narządy wewnętrzne ludzi, widzi ich wszystkie choroby od samego początku i że wielu dzieciom w szkole już pomógł. Wie, o czym myślą wszyscy ludzie, zna myśli naszego prezydenta i prezydenta amerykańskiego, wie, gdzie stoją rakiety jądrowe i w ogóle, tajemnic na ziemi dla niego nie ma.

Gdy Sławik chodził do szkoły, to zdecydowanie odmówił strzyżenia włosów, powiedział: „Niech będą takie jak u Jezusa Chrystusa”. Z tego powodu wyśmiewali się z niego złe dzieci, nauczyciele wywierali na mnie naciski, ale odpowiedziałam, że nie mam wpływu na jego decyzję. Prymusem Sławik nie był, ale uczył się dobrze. Wszystko, o czym nauczyciele mówili, on nazywał nieprawdą, ponieważ znał Rzeczywistą Prawdę od Boga, a kiedy odrobił lekcje i dostawał „piątkę”, to mówił: „Dla ciebie, mamusiu, ją przyniosłem, aby było ci przyjemnie”.

Notatki, które zaczął robić, gdy żył, w czasie pogrzebu znikły, w wraz z nimi nie wiadomo dlaczego mój szal i świeca ślubna. Nie wyglądało to na zwykłą kradzież, ponieważ w domu było co ukraść.

Gdy były zaginięcia broni, dokumentów, rzeczy, ludzi, zwierząt lub czegoś innego, to proszono Sławika o pomoc i on pomagał. Pewnego razu był następujący przypadek. Przyszli do niego mąż i żona. Powiedzieli, że skradziono im samochód. Proszą o pomoc. Nie wiadomo dlaczego, Sławik zaczął rozmawiać z kobietą. Mężczyzna stał na boku. Sławik powiedział, że samochód stoi prawie tuż obok: za przejazdem jest dom, tam jest stodoła i w tej stodole stoi wasz samochód. Na pytanie: „Kto go tam postawił? – Sławik odpowiedział: „Pani mąż postawił”. Kiedy ta kobieta przyszła podziękować Sławikowi, to zapytałam ją: „Dlaczego Pani mąż tak postąpił?” Okazało się, że oni rozwodzą się i w ten sposób mąż postanowił zostawić samochód sobie.

Temu dziwnemu chłopczykowi była odkryta nie tylko data jego śmierci, ale i wiele innych spraw, jeśli nie wszystko w tym grzesznym świecie, począwszy od zjawisk ogólnoświatowych: przyszłych katastrof oraz innych najważniejszych wydarzeń, losy miast, kontynentów, krajów, narodów, itp. aż do czysto osobistych problemów każdego człowieka, który zwrócił się o pomoc do niego. Otwierane było o nim wszystko: jego przeszłość, teraźniejszość, a nawet przyszłość, łącznie z jawnymi i ukrytymi chorobami, przyszłymi tragediami i chorobami, oraz jak ich można uniknąć lub wyleczyć. Niekiedy, chociaż bardzo rzadko, nagle stawał się on poważny, jak dorosły, mówiąc: „Tego mi nie wolno powiedzieć” . Za życia miał dwukrotne spotkanie z Archimandrytą Naumem, znanym Starcem, z Ławry św. Siergija i Trójcy Świętej.

Matka Sławika, Walentyna Afanasjewna początkowo bardzo się bała i przeżywała: czy ten dar syna być może jest od diabła i czy nie jest on bioenergoterapeutą? Żeby to sprawdzić, przeszła kilka specjalistycznych komisji, konsultacji, spotkań, w tym z lekarzami i kapłanami, po czym uspokoiła się, ponieważ wszyscy oni odrzucili to, chociaż jego zdolności nikt nie potrafił wyjaśnić…

Sławik mógł komunikować się z roślinami, zwierzętami i ptakami; znał ich język, znał też język, muzykę i tańce Górnego Niebiańskiego Świata. Czasem próbując coś z tego odtworzyć, ze smutkiem mówił, że w ziemskim ciele powtórzenie tego jest niemożliwe. Kiedyś rozmawiał w nieznanym języku z kimś niewidzialnym i gdy Matka zapytała go, w jakim języku rozmawia – odpowiedział jej, że w języku, którym posługiwał się Pan Jezus.

Z opowiadania Matki Sławika: „Sławik kochał wszystko i wszystkich. Przyjmował i okazywał pomoc i muzułmanom i katolikom, w ogóle wszystkim, kto przychodził. Zwierzętom i ptakom też pomagał. Bez przyczyny nie zerwał ani kwiatka, ani listka. Starał się nie chodzić po trawie, aby jej nie gnieść. Pewnego razu moja znajoma przyniosła piękną gladiolę. Sławik podbiegł, popatrzył i szybko odbiegł od kwiatka. Potem zapytałam go, dlaczego tak postąpił? Odpowiedział, że kwiatek mu się poskarżył, że jeszcze by pożył, gdyby go nie ścięto.

Albo taki zabawny przypadek. Była piękna pogoda i wyszliśmy ze Sławikiem na spacer. Na ulicy było wielu ludzi. W piekarni kupiliśmy bułeczek, a gdy wyszliśmy, to nagle nie wiadomo skąd przyleciały gołębie, usiadły i otoczyły go zwartym kołem tak, że nie mógł zrobić kroku. Ludzie zatrzymywali się ze zdziwienia i uśmiechali, patrząc na to „honorowe koło”. Sławik stał zakłopotany. Więc wtedy ja poprosiłam gołębie, aby zostawiły go w spokoju. Rozstąpiły się, ale jeszcze jakiś czas mu towarzyszyły, tuptając za nim. Chociaż bułeczki były u mnie, gołębie nie zwracały na nie uwagi.

Podczas życia Sławika drobne ptaszki nieustannie zaglądały do niego przez okno. A kiedy kilka dni leżał w szpitalu w Czebarkulu, to przy jego oknach była prawdziwa bitwa między wronami i drobnymi ptaszkami. Ludzie ze zdziwienia wychylali się z okien swoich sal, ponieważ był wielki hałas. A kiedy przywieziono go po raz pierwszy do szpitala, to w ślad za nim do bloku szpitalnego wleciała jedna z sikorek. Przyleciała na piętro i nie wiedziała, jak się wydostać. W tym czasie Sławik wszedł do gabinetu lekarza. Póki tam był, sanitariusze starali się otworzyć okno, aby ją wypuścić, ale ona tak mocno uderzyła się w szybę, że upadła na parapet. Wszyscy z żalem pomyśleli, że umarła. Ale wszedł Sławik, podszedł do parapetu okna, wziął ją w ręce, trochę potrzymał i wypuścił na wolność. Mego męża to tak uderzyło, że wypadku tego nie może w żaden sposób zapomnieć i zawsze, gdy o tym wspomina, to bardzo się rozczula.

Za życia Sławika obok naszego domu rosła dwupienna brzoza i zawsze śpiewał na niej słowik. Gdy Sławik odszedł do Pana, jedna połowa brzozy uschła (do tej pory stoi w takiej postaci), a słowik od razu odleciał i więcej już ani razu nie przyleciał.

Swoim otwartym duchowym wzrokiem wyraźnie widział demony, ich świat, mógł duszą spuścić się do piekła, aby dowiedzieć się o losie każdego człowieka. Sławoczka mówił, że jeśliby dowolny człowiek zobaczył demony w ich naturalnej postaci, to jego serce nie wytrzymałoby i pękło z przerażenia, na tyle oni są straszni. Dlatego Bóg zamknął ludziom cielesny wzrok na świat duchów. Mówił również o nich, że są nieznośnie smrodliwi, rzucają straszne przekleństwa i obrzydliwe wyrazy, w tym i na niego, wiedząc, że on ich widzi i słyszy. Jakie tylko wyznania i sekty nie spróbowały przeciągnąć go do siebie, widząc, jak ludzie, po jego powrocie ze szkoły, aż do nocy nieustannie walą do niego po pomoc. I to we wszystkich sprawach, począwszy od chorób nieuleczalnych, poważnych problemów rodzinnych, odnalezienia osób zaginionych, skradzionych samochodów, aż do małych rzeczy. A on bez narzekania wszystkim pomagał. Nie potrzebne mu były żadne zdjęcia osób, w sprawie których prosili odwiedzający, ani nic innego. Wszystko było mu otwierane natychmiast, i on, oczywiście, mówił to im od razu. Przed spotkaniem z nim, wiele osób uważało to za brednie lub bajki. Ale tylko do pierwszego z nim spotkania. Miał niezwykle przenikliwe spojrzenie, ludzie czuli się, jakby ich prześwietlał rentgenem. W chwilę później mówił o wszystkich dolegliwościach ciała i duszy osoby, potrzebującej pomocy. Wielu ludzi po spotkaniu z nim ochrzciło się, przyszło do Wiary, do Boga.

Kiedy zaczął służyć, „powiedziano” mu z Góry (z Nieba), aby w jego dłoni nie było ani jednego rubla, zabronione mu było branie czegokolwiek za swoje „usługi”, a tym bardziej pieniądze. On bał się bardzo tego. Jednak kiedyś ktoś niepostrzeżenie włożył pieniądze do jego kurtki. Sławik od tego się rozchorował i nie spoczął, dopóki nie zwrócił pieniądze właścicielowi. Za swoje usługi Sławik również nie brał żadnych prezentów. Gdy ktoś potajemnie i niepostrzeżenie kładł mu pieniądze do kieszeni, to on natychmiast to czuł i zwracał, ponieważ zaczynał chorować, odczuwać ból, szczególnie głowy. (Ten zakaz również działał i na jego Matkę). Jakże wiele pożytecznych przepisów dotyczących leczenia różnych chorób, w tym nowotworowych, a także proroctw o globalnych katastrofach, losach krajów, miast, narodów i sławnych osób zostawił on ludziom. Wiele z nich zostało przedstawionych w tej książce. Niektóre z nich zostały już spełnione, ale główne, najbardziej straszne i tragiczne wydarzenia, czekają nas wszystkich w przyszłości.

Sławoczka leczył zwracających się do niego o pomoc, modląc się do Boga, prosząc za nich, zalecając wszystkim jak najczęstsze przyjmowanie Komunii św. i Sakramentu Chorych (Ostatniego Namaszczenia; ros. – „cоборования” – od tłum.). Najczęściej lekarstwami u niego były woda święcona, święcony olej i różne zioła. Wiele receptur jest unikatowych i są podane w książce o nim. Komunię św. brał co tydzień.

Dzięki synowi również i jego Mama, która na początku czytała mu regułę modlitewną przed Komunią św., ponieważ on jeszcze po dziecięcemu czytał powoli, zaczęła także z nim często korzystać ze Świętych Darów (Najświętszego Sakramentu).

Nawet po śmierci trwa pomoc chłopczyka Sławika ludziom, którzy szczerze zwracają się do niego, a szczególnie po wizycie na jego grobie i zabraniu z niego kamyczków i ziemi. Rzadko nie ma tam ludzi. Najczęściej przyjeżdżają oni wpierw do jego Mamy, Walentiny Afanasjewnej, a następnie już z nią razem jadą na cmentarz, gdzie modlą się, czytają ułożony dla niego akatyst i proszą o pomoc, a przyjezdni kapłani odprawiają nabożeństwa i msze żałobne. W chwili obecnej pisana jest nawet książka z licznymi świadectwami pomocy ludziom po jego śmierci. To, co zrobił za swoje tak krótkie ziemskie życie ten dziwny chłopczyk, wymyka się z pod praw prostej logiki. Jego wkład w dzieło zbawienia ludzi i ciała, a zwłaszcza ich dusz, jest ogromny. Wielu z tych, którzy prosili go o pomoc, on nawet objawiał się we śnie, a niektórym i w rzeczywistości, na jawie.

Na potwierdzenie tego niech służy świadectwo zakonnika N. z klasztoru o bardzo surowej regule: „Pewnego dnia w grudniu 2002 roku, modliłem się do Przenajświętszej Bogurodzicy i prosiłem: Matko Boża, pomóż mi, ze wszystkich stron idą ludzie, są smutni, pytają, jak żyć, czy opuszczać miasta? Czy robić zapasy żywności? Kto ze sprawą duchową, kto z życiową…Jak mam uratować moje dzieci duchowe? Pomóż, Miłosierna Pani. Jestem już stary, a oto i ślepnę, oczy bardzo bolą. Pomóż mi, wielkiemu grzesznikowi, ulecz, naucz…”.

a

Długo modlił się zakonnik, gdy nagle jego celę oświetliło niezwykłe światło. I widzi starzec – stoi Matka Boża, a przed Nią chłopczyk. Upadł starzec na kolana i słyszy głos: „Oto zostawiam wam chłopczyka (ros. otroka) na zbawienie i miłosierdzie. Wielu krajom i językom od Rosji będzie ratunek przez to dziecko, – Wiaczesława … „. Starzec podniósł głowę i widzi: Matka Boża powoli odchodzi w głąb celi do wyjścia. A chłopczyk stoi wyprostowany, piękny, blond włosy do ramion, falujące, oczy dziwne, jasno – niebieskie, promienne i dobre. Ubrany był chłopczyk w spodnie i długą, czy to koszulkę czy jasny sweterek i dwoma rączkami do piersi przyciska niewielki krzyż.

„Kim jesteś?” – pyta zdumiony zakonnik, a on odpowiada: „Trzeba pojechać do Diwiejewa, tam nabędziecie o mnie książkę, na wiele pytań waszych tam uzyskacie odpowiedzi, i do mojej mamusi też powinniście pojechać, i oczy się wyleczą”. I również odchodzi do tyłu…

15 stycznia 2003 roku z kilkoma dziećmi duchowymi zakonnik pojechał do Diwiejewa, gdzie spędzili cały dzień: byli na liturgii i nabożeństwie, mszy pogrzebowej, „chodzili” wzdłuż rowka, a w księgarniach potrzebnej książki nie znaleźli, nawet nie wiedzieli, jaka to książka o chłopcu Wiaczesławie. Już było pod wieczór, trzeba odjeżdżać, gdy nagle podjechał autobus, z którego wysiadają pielgrzymi, a jedna dziewczyna podbiega do starca i mówi: „Ojcze, ja dla Was i siebie kupiłam książki o chłopczyku Wiaczesławie, proszę przyjąć ją w prezencie i pobłogosławić mnie”.

Jakież było zdumienie słuchających, że w ten cudowny sposób książka sama przyszła do niego. Na wiele pytań otrzymał on w niej potrzebne odpowiedzi, dziwiąc się Miłosierdziu Bożemu i jak Matka Boża słyszy nas, grzesznych, i rozumie. Był on również u mamy Sławika, opowiedział jej o widzeniu Matki Bożej i Sławika oraz o Jej słowach, które powiedziała o nim. Pojechali do niego na grób, nabrali kamyczków marmurowych. I jak było powiedziane, po opuszczeniu ich do wody święconej, kilka razy starzec umył się: i ból w oczach minął, zaczął lepiej widzieć. Niezwykłe są Dzieła Twoje, Panie…

Proroctwo Sławika dotyczące jego własnej śmierci

Na krótko przed śmiercią Sławik po raz drugi poprosił o zawiezienie go do Ojca Nauma, aby ten udzielił mu błogosławieństwa. Pojechałam z nim ja i mąż. Nie było nikogo, ani mnichów, ani pielgrzymów. Ojciec Naum w walonkach siedział na taborecie pod daszkiem. Sławik podszedł i ukląkł przed nim. Porozmawiali pewien czas i podeszli do nas. Ojciec Naum zaproponował nam, abyśmy się przeprowadzili do Siergijewo Posadu i obiecał nam okazać wszelką pomoc. Po pewnym czasie pożegnaliśmy się z Ojcem Naumem i wyruszyliśmy w drogę powrotna. Z mężem rozmawiałam o tym, jak ma odejść z wojska, aby z powodu syna, przenieść się w pobliże Ławry. W tamtych czasach odejście z wojska było bardzo trudne. Gdy mąż wyszedł z przedziału, Sławoczka powiedział: „Mamusiu, nie myślcie o tym. Nie będziecie się przeprowadzać”. Byłam bardzo zaskoczona i zapytałam: „Dlaczego, Sławoczka?” Sławik na to mi odpowiedział: „Tej jesieni, kiedy pójdę do szkoły gdzieś około 20 września poczuję źle, zachoruję i umrę…”. Powiedział to w lipcu, a w marcu następnego roku już go nie było. W tym czasie

Sławik chodził do szkoły z kilkoma krótkimi przerwami, kiedy musiał przez kilka dni przebywać na badaniach w szpitalu. Tylko przed samą śmiercią nie chodził do szkoły. Do 11 lat zabrakło mu 5 dni. Sławik mówił: „Bóg skrócił moje życie dlatego, ponieważ ludzie bardzo szybko zdradzają Boga i dlatego nie zdążę wyrosnąć, a tak byłbym wpierw lekarzem, a później mnichem”. Powiedział jeszcze, że niektórzy ludzie będą się bardzo złościć na jego proroctwa, kiedy zaczną się one spełniać i nazwą go złym czarodziejem.

Gdy Sławik był maleńki, to zgodnie z zapisem w karcie nikt mu szczepień nie robił. Kiedy byliśmy w szpitalu w Czelabińsku, to Sławik nie pozwolił, aby przetaczano mu obcą krew. Kiedy jednak lekarka stanęła na swoim i chciała mu przetoczyć krew, to nie mogła tego zrobić. Krew sama nie przepływała i lekarze byli zmuszeni zabrać kroplówkę. Sławik powiedział, że wraz z cudzą krwią wchodzą w człowieka cudze grzechy. Sławik nosił wielki chrzcielny krzyż, a na oddziale hematologii dziecięcej w Czelabińsku zastępcą ordynatora była bioenergoterapeutka. Zaczęła krzyczeć: „Powiesił krzyż na całe brzuszysko! Zabierz go”! Starała się wziąć punkcję szpiku w okolicy piersi, ale również nie potrafiła tego zrobić. Niewidzialna ręka wybiła igłę z jej rąk. Punkcję zrobili inni lekarze. Diagnozy Sławikowi nie postawiono. Kiedy zapytałam: „Sławoczka, masz raka?” Odpowiedział: „Gorzej, mamusiu. Jest rak – on i jest rak – ona. Więc u mnie jest – ona”. Na oddziale chirurgicznym po wszystkich badaniach założyli, że prawdopodobnie był to chłoniakomięsak (ros. – лимфосаркома – od tłum.). Ale nikt go nie leczył, choroba była tak zapuszczona, ze niemożliwe było ustalenie, na co on zmarł. Oto i całe Sławoczki życie…

Kiedy w telewizji pokazywano pogrzeb Breżniewa, Sławik nagle powiedział: „Breżniewa niosą żołnierze, a mnie poniosą podpułkownicy”. Sławik bardzo był lubiany przez kolegów ojca, oficerów, z których wielu, jak tez członkom ich rodzin on bardzo pomógł. Tak też dokładnie się stało, jego trumnę z ciałem nieśli oficerowie jednostki, w której służył ojciec. Szkoła była zamknięta, zostały odwołane zajęcia, wszystkie dzieci były na pogrzebie i to wszystko on również przepowiedział. W trumnie leżał jak żywy, wszystkim wydawało się, że oto za chwilę wstanie. Całe wojskowe miasteczko Czebarkul chowało tego niezwykłego chłopczyka – proroka i uzdrowiciela. Dobrze zorganizowany pogrzeb był ogólnym ostatnim podarunkiem dla naszego syna.

Przed śmiercią Sakramentu Chorych (Ostatniego Namaszczenia; po ros. – „соборования”) udzielił mu Ojciec Władisław Katajew ze świątyni w Czebarkulu. Ze sobą przywiózł dwie buteleczki wody święconej. Po udzieleniu sakramentu zaproponował Sławikowi wypić wody, która była w jednej z buteleczek. Sławik powiedział, że takiej wody, która jest w tej buteleczce u nas jest dużo z kranu i poprosił wodę z drugiej buteleczki, mówiąc, że ta woda jest „bardziej święta”. Zdziwiony Ojciec Władisław zapytał: „A ty skąd o tym wiesz?” – i przyznał, że woda w pierwszej buteleczce była rozcieńczona, do wody święconej dolał zwykłej wody.

Jeszcze jeden przypadek. Po obiedzie stałam w kuchni. Było około trzeciej. Za oknem mróz około – 20 st., a ja wyraźnie słyszę pomrukiwania grzmotu, jak podczas burzy. Nie mogę zrozumieć – skąd. Nagle, jak gdyby nie wiadomo skąd, nadlatuje gołąb i fruwa w powietrzu przed oknem, patrząc mi w oczy. Podeszłam bezpośrednio do okna, aby odleciał. Z okna zauważyłam na dole na dachu piętrowego przedszkola ogromny kłębiasty obłok, bardzo puszysty o jasno białych brzegach i niebieskawą górą, a wewnątrz niego słychać odgłosy grzmotu. Pomyślałam, że tak nie bywa i widocznie jest to związane ze Sławikiem. Tak tez było – rankiem następnego dnia Pan zabrał Sławika.

Pan dał Swemu małemu prorokowi w dniu pogrzebu ciepłą, słoneczną pogodę. Poprzedniego dnia był mróz -20 st., a w dniu pogrzebu była odwilż i stały kałuże. Ludzie byli w rozpiętych paltach i bez nakryć głowy. Jak tylko trumnę z ciałem przekazano ziemi, pogoda od razu zmieniła się na gorszą. Sławik powiedział, że po jego śmierci on będzie lepiej leczył choroby oczu i nerwów. A znajdować się on będzie tam, gdzie Bogu śpiewa się Chwałę. I żebym nie martwiła się o niego, powiedział, że będzie przychodził i pomagał nam również po śmierci. Sławik był bardzo dzielnym chłopcem. Do ostatniego chodził do szkoły. Błagał mnie, abym wpuszczała do niego przychodzących. Bez odwiedzających był on tylko jedną dobę. Kiedy zapytałam go: „Sławik, za co tobie takie męki”? – on poważnie i przenikliwie spojrzał mi w oczy i odpowiedział: „Jakie męki – taka i nagroda”.

Tuż przed śmiercią, kiedy Sławikowi było szczególnie ciężko, zwróciwszy się do oblicza Chrystusa powiedział z wątpliwością w głosie: „Oto umieram… A może moja śmierć jest daremna? I męki moje są daremne? Może Ciebie wcale nie ma? I wszystko to nadaremnie?” Z przerażenia zaczęły mi się włosy ruszać na głowie. Po pewnym czasie poczuł się lepiej. I z wielkim zdumieniem szeroko otwartymi niebieskimi oczami spojrzał na narożnik z ikonami i powiedział: „A jednak Ty jesteś! Chwała Panu!”. O 4:50 jego dusza odeszła do Pana i nie wiadomo dlaczego w jego pokoju stanął zegar. Dokładnie na tej godzinie stoi do dziś.

2. Proroctwa Sławika Kraszennikowa

Kilka spełnionych proroctw przytoczono we wprowadzeniu, przybliżającym osobę małego proroka: kim był i na czym polegała jego misja. Przepowiedział on dokładnie swoją chorobę (raka) i śmierć, a nawet, że jego trumnę będą nieść podpułkownicy oraz wiele wydarzeń z życia jego rodziny.

W dalszej części zostaną przedstawione proroctwa Sławika, z których większość dotyczy czasów przyszłych. Na początek kilka proroctw już spełnionych, o których przepowiadał przed śmiercią:

*** W Ameryce wysadzą w powietrze dwa wielkie jednakowe domy (WTC 9/11? – od tłum.).

Następnie od dołu wysadzą Statuę Wolności. Wyglądać to będzie tak: statua zrobi jakby krok do przodu i rozsypie się.

W Rosji również będą wysadzać domy. Na pytanie matki: „Komu to jest potrzebne? I kto będzie wysadzał?” – odpowiedział: „Swoi będą wysadzać”. (Co dokładnie się już spełniło, chodziło o pretekst do wznowienia wojny w Czeczenii i oskarżenie czeczeńskich bojowników – „terrorystów”, że to oni są sprawcami – od tłum.)

*** Na początku lat 90-tych pojawi się wspólna światowa waluta, pieniądze „rządcy światowego”, które będą się nazywać „euro”. Sprawy z tymi pieniędzmi pójdą pomyślnie i jako ostatnia przejdzie na nie Ameryka. Skąd mógł wiedzieć maleńki prowincjonalny chłopczyk na ponad 10 lat przed utworzeniem tej waluty i wpuszczeniem do obrotu pieniężnego?. O czymś, o czym nikt i nigdzie na świecie nie wiedział i nawet nie przypuszczał? Podając też poprawnie nazwę tej waluty?.

*** Na dwa dni przed 8 marca (Dniem Kobiet) powiedział matce: „Mamusiu, będę umierał, a oni będą śpiewać i tańczyć”. Matka nawet nie mogła sobie wyobrazić, co by to oznaczało. Dwa dni minęły spokojnie. Obok sali, gdzie leżał Sławik był pokój ordynatora, a naprzeciwko na korytarzu stał wielki telewizor. 8 marca w pokoju ordynatora zaczęła się zabawa personelu, a na korytarzu chore na raka dzieci rozpoczęły śpiewy i tańce, ustawiając głośność telewizora na całą moc. Cały oddział był wstrząsany rykiem telewizora, a Sławik leżał cicho z zamkniętymi oczami, aby matka się nie denerwowała i myślała, że on śpi. Czuł się wtedy bardzo źle, ponieważ robiono mu laparoskopię.

***

Poniżej jeszcze kilka krótkich proroctw, po których przytoczę te, dotyczące tematyki całego cyklu.

*** Los – Angeles, który obecnie się weseli, spali się w ogniu i lawie za swoje grzechy, i nastąpi to nagle i szybko.

*** Władywostok zginie bardzo szybko – od razu całe miasto. Fala, typu tsunami, runie na miasto i zmiecie cały Władywostok, od którego zostanie tylko jeden słup od latarni.

*** Miasto Tiumeń samo się zawali, szczególnie jego centrum, tam przez wiele lat wydobywano ropę naftową.

*** Gdy wszędzie będą występować katastrofy, Anglia zatonie, rząd Anglii wie o tym, ale nie będzie w to wierzył i dopiero, gdy od Anglii zostanie niewielki kawałek suszy, będzie zmuszony ewakuować się do Rosji. W tym celu tam będą zachowane statki.

*** Wszystko, co się będzie dziać w Rosji, będzie się również dziać na całej Ziemi. Wszystkie ciężkie budynki i budowle zawalą się, będą ogromne przesunięcia płatów Ziemi. Pojawią się ogromne pęknięcia – jak przepaście.

*** Niemcy będą się ogromnie cieszyć, kiedy się dowiedzą, kim jestem. Gdy matka zapytała dlaczego, odpowiedział: „Mamusiu, przecież tam przeżyłem pół życia”.

(Po urodzeniu Sławika rodzice przez te lata mieszkali w Niemczech, ojciec służył w wojsku na terenie NRD – od tłum.)

*** Kraje nadbałtyckie – w jasny biały dzień, bez widocznych przyczyn, nie będzie trzęsienia ziemi, ani burzy – powstanie ogromnej wysokości fala … i wszystko zmyje, wszystko zabierze, zostanie tylko sam piasek…

* * * Na Uralu jest miasto, położone jakby w filiżance. W czasie uralskiego trzęsienia ziemi miasto to zostanie zawalone skałami i zalane wodą i nawet żadne zwierze nie uratuje się z tego miasta, a w Moskwie nawet nie pomyślą, aby przyjść mu z pomocą.

„A u ciebie, mamusiu, – powiedział Sławik,- rozbiją się nie tylko wszystkie naczynia, ale i wszystko, co szklane. Rozsypie się tez stojące obok przedszkole, które przed tym będą długo remontować. Matka potwierdza: „Rzeczywiście, remont przedszkola trwał ponad 6 lat i oto całkiem niedawno zostało otwarte”. „W przedszkolu nikt nie zginie, tam w tym czasie nikogo nie będzie” – powiedział Sławik.

Na Uralu będzie kilka trzęsień ziemi o bardzo wielkiej mocy.

źródło i więcej o Sławiku :

wolna-polska.pl/…cie-znaku-bestii-liczbie-666-czipizacji-44-2015-01
Adrianna7
Proroctwa dziesięcioletniego Sławika Kraszennikowa
cda.pl/video/52181134f