Clicks587

Julian Pomeriusz "O życiu kontemplacyjnym" (De vita contemplativa)

Beztroska kapłana żyjącego niezgodnie z głoszoną nauką

Przypomnijcie sobie, co sądzicie, a z czym ja też zgadzam, o posłudze duszpasterza, który zaniedbując troskę o powierzony mu lud, bardziej pragnie dóbr doczesnych niż wiecznych. Zapomina on, że <kiedyś> odpowie przed Pasterzem wszystkich pasterzy nie tylko za siebie, ale także za trzodę mu powierzoną i nie zwraca uwagi na szkody, jakie ponosi on sam i wierni. Nie cieszy go dobro postępujących <w cnocie=""> i nie smuci zło popełniane przez występnych. Zatroskany tylko o siebie - chociaż w rzeczywistości jest to pozorna troska - nie zwraca uwagi na to, co czynią jego wierni; dobrego lub złego. Sprawiedliwych nie zachęca do wytrwałości, przewrotnym nie przypomina o pokucie, już nawróconych nie poucza o pogardzie świata, a nie chcącym się nawrócić nie przypomina o przyszłym sądzie.
Taki duszpasterz nie może przypominać lekceważącym jego napomnienia: „pamiętajcie o przyszłym sądzie", skoro sam o nim nie pamięta. Światowcom nie powie: „nie kochajcie świata”, gdyż jego samego świat cieszy. Próżnym nie zwróci uwagi: „pohamujcie swą próżność", bo przecież sam daje się kierować rujnującej ambicji. Do pijaków nie zwróci się: „zachowujcie trzeźwość", jeśli sam upija się winem do nieprzytomności. Obżerając się na wystawnych ucztach nie może innym polecać wstrzemięźliwości, którą sam gardzi. Niepohamowany w chciwości nie może <innym> odradzać pożądliwej miłości pieniądza. Zacietrzewiony w sporach nie ośmieli się kapłańskim pokojem jednać zwaśnionych. Sędziów nie ośmieli się pouczać o sprawiedliwości, którą sam hańbi przez faworyzowanie osób wpływowych. Nie wystąpi w obronie pokrzywdzonych, skoro sam jednych honoruje, a innymi pogardza. Nikogo nie zachęci do dobra, którego sam nie czyni, ani nie odwiedzie od zła, którego się dopuszcza. Traci autorytet konieczny do nauczania przez rozdźwięk między tym, co czyni, a tym o czym poucza.

Gorzki opis kapłana żyjącego na sposób cielesny

Znęceni dobrami doczesnymi, szukamy w tym życiu korzyści i zaszczytów. Zabiegamy nie o to, by stawać się lepszymi, ale o to, by być bogatszymi, nie świętszymi, ale bardziej od innych honorowanymi. Myślimy nie o trzodzie Pana, powierzonej nam do pasienia i troszczenia się o nią, ale o naszych uciechach, władzy, bogactwie i innych cielesnych urokach. Chociaż chcemy być nazywani pasterzami, to nie usiłujemy nimi rzeczywiście być. Unikamy trudu związanego z naszym urzędem, choć pragniemy jego godności. Nie przepędzamy bestii złych duchów, rozszarpujących trzodę, ale to, co z niej zostanie, sami spożywamy. Kiedy grzechy popełniają bogaci lub możni, to nie tylko ich nie napominamy, ale ich jeszcze honorujemy, aby ich nie urazić, bo to mogłoby nas pozbawić albo zwykłych datków, albo upragnionych zaszczytów. Usidleni ich ofiarami i wyrazami uznania, stajemy się ich poddanymi i boimy się im mówić o ich grzechach albo o mającym nadejść sądzie. Słowo Boga groźbami miażdży naszą pychę. Nie dajemy mimo to temu posłuchu i nie korzystamy z niego, gdyż uwiedzeni słodyczą obecnego życia, nie chcemy myśleć o karze grożącej nam w przyszłości za opieszałość.
Pochlebia nam, gdy się nas tytułuje pasterzami. A przecież, przeciw pasterzom tylko z nazwy są skierowane słowa:
To mówi Pan. Biada pasterzom Izraela, którzy pasą samych siebie. Czyż to nie pasterze pasą trzody?: Spożywaliście mleko, okrywaliście się wełną, zabijaliście tłustą <owce>, natomiast trzody mojej nie paśliście. Słabej nie umacnialiście, chorej nie leczyliście, połamanej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie przyprowadzaliście. Nie szukaliście zaginionej, ale rządziliście nimi w sposób surowy i tyrański. I rozproszone zostały moje owce dlatego, że nie było pasterza, i stały się żerem dla wszystkich dzikich zwierząt polnych.

A nieco dalej:

Z tego powodu słuchajcie pasterze słowa Pana! Żyję ja, mówi Pan Bóg. Za to, że moje trzody stały się łupem i moje owce żerem dla wszystkich dzikich zwierząt polnych, gdyż nie było pasterza, ani też pasterze nie szukali mojej trzody, ale paśli samych siebie, a nie moją trzodę, to teraz posłuchajcie pasterze słowa Pana. To mówi Pan: Oto ja <wystąpię> przeciw pasterzom. Zażądam mojej trzody z ich rąk i sprawię, że przestaną <być pasterzami=""> i nie będą już więcej paść mojej trzody, ani też nie będą paść samych siebie“.

Któż nie zadrży słysząc te słowa? Kogo nie przejmie lęk przed przyszłym sądem? Chyba tylko tego, kto albo nie rozumie, albo nie wierzy w mającą nadejść rzeczywistość. Ponieważ jednak Bóg to, co chciał, by było przestrzegane, wyłożył tak jasno i potwierdził swoim autorytetem, to łatwiej jest tym pogardzić – choć takie stwierdzenie jest już bezbożnością – niż udawać, że się nie rozumie albo nie ufa tak jasnym i boskim <pouczeniom>.
Słysząc <stwierdzenie> „to mówi Pan”, w spełnienie się słów Pana nie wierzy pewnie tylko ten, kto w ogóle w Boga nie wierzy. Kiedy <pan> mówi: „biada pasterzom” to któż nie rozumie, że słowo „biada” oznacza przekleństwo, a mówiąc o pasterzach wskazuje na nas? Nie rozumie tego tylko ten, kto nie myśli o rzeczach przyszłych.
Przyznajemy, że zostaliśmy ustanowieni pasterzami do pasienia trzody Pana. Jednak pasiemy <samych siebie="">, gdy troszczymy się nie o pożytek trzody, ale zabiegamy o to, co służy do pomnożenia naszych uciech. Codziennie przyjmujemy mleko i wełnę z owiec Chrystusa, czyli dary i dziesięciny wiernych. Zrzucamy natomiast z siebie obowiązek pasienia i karmienia trzody, a odwróciwszy porządek, chcemy być przez nią pasieni. <owcy> zranionej grzechami nie uzdrawiamy duchową radą. Złamanej różnymi trudnościami nie umacniamy i nie posilamy pracą kapłańską. Błądzącej nie sprowadzamy na drogę zbawienia, a straconej dla łaski przez rozpacz nie obejmujemy troską pasterską. Staliśmy się mocni tylko w jednym: w sprawowaniu tyrańskiej władzy nad poddanymi. Ale już nawet nie bronimy uciśnionych przed przemocą możnych, srożących się nad nimi niczym bestie.
Zdarza się, że niektórzy ciężko udręczeni bądź to przez możnych tego świata, bądź to – co jest rzeczą gorszą - przez nas, giną. Za nich odpowiemy przed Panem, o czym napomina nas w sposób budzący lęk, mówiąc: zażądam owiec moich z rąk pasterzy, i sprawię, że przestaną je paść“. Czyż to nie oznacza, że pasterzy pasących siebie samych zamiast trzody pozbawię godności i wrzucę między potępionych, gdyż nie umieli troszczyć się o swoją godność ?

Przeraża mnie rozważanie tych i podobnych <wypowiedzi>. Strach i trwoga mnie ogarnęły i otoczyły mnie ciemności, i powiedziałem: Któż mi da skrzydła niczym gołębicy, a ulecę i spocznę“. To z tego powodu płakałem, rozważając moje braki i przyszły koniec. Chciałem, złożywszy ciężar mojego biskupstwa, daleko uciec i pozostać na samotności, by tam oczekiwać Pana, który mnie wybawi od mojego lęku i od nawałnicy niemożliwych do zniesienia niepokojów.

Kościoła powierzonego nie można ani opuścić, ani zaniedbywać

Rozważając te i podobne zagadnienia żałowaliście przyjęcia biskupstwa. Wprawdzie urząd ten sumiennie sprawowany nobilituje, ale staje się przekleństwem dla tego, kto go zaniedbuje. Doszliście do wniosku, że przerasta on wasze siły i chcieliście opuścić powierzony wam Kościół, by udać się na jakąś samotnię. Taki zamiar zrodził się nie tyle z umiłowania spokoju, ile z lęku przed samym waszym urzędem.
Nie znajduję innego, lepszego argumentu, przemawiającego za zaniechaniem tego zamiaru, od przypomnienia, iż w ten sposób narazilibyście się na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Jeżeli jest rzeczą niebezpieczną nieostrożnie kierować łodzią pośród fal, to o ileż większym niebezpieczeństwem jest porzucić ją w czasie burzy, wydając tym samym na pastwę szalejących bałwanów. Byłoby rzeczą o wiele lepszą w ogóle do niej nie wchodzić. Natomiast, skorą się ją raz przejmie, to należy pozbyć się strachu przed szalejącym morzem i żywiąc nadzieję dotarcia do celu, doprowadzić ją do portu z całym ładunkiem.
Widząc, że to porównanie przypadło wam do gustu, dodałem jeszcze <wyjaśnienie>. To Kościół, niczym wielka łódź, żegluje przez morze tego świata. Napotyka przy tym na fale różnych pokus. Jest miotany w różne strony – niczym gwałtownymi falami – przez prześladowania duchów nieczystych. Uderza o ostre skały zgorszeń. Jest podobny do łodzi <dryfującej> pośród mielizn. W tej sytuacji nie powinno się tej łodzi opuszczać, ale należy nią kierować, bo jeśli będzie ona kierowana przez czujnego sternika, to dowiezie bezpiecznie i cało wszystkich swych pasażerów. Jeżeli natomiast zostanie porzucona i pozostawiona na pastwę fal, to zgubi nie tylko pasażerów, ale też samego sternika.

Kościołem należy kierować przez przykład

lego typu rozumowanie bardzo was wszystkich poruszyło. Zmartwiliście się, że znaleźliście się w sytuacji bez wyjścia. Wydało się wam, że ani nie potraficie sprostać obowiązkom, ani też bez grzechu od nich uciec.
Poruszony tym - bo przecież wiążą nas serdeczne uczucia powiedziałem, że możecie przez modlitwę dokonać tego, czego nie możecie osiągnąć przez nauczanie.
Wierzący katolicy zwykle więcej korzyści odnoszą z dobrych przykładów niż ze wspaniałych słów. Najdoskonalsza nauka to ta, której świadectwem jest duchowy styl życia, a nie publicznie głoszona przy pomocy pustych słów. Przecież w dniu sądu będą nas pytać nie o słowa, ale o czyny. Trudno też dać się przekonać, że to, co się głosi, jest możliwe <do wykonania="">, jeżeli życie jest daleko inne niż słowa. Natomiast zostaje uznane za możliwe to, co potwierdzasz czynami, niezależnie od tego, czy o tym uczysz, czy też nie. W ten sposób łatwiej też zachęca do naśladowania.
Moja rada nawet wam przypadła do gustu, i o ile mnie pamięć nie myli – podążyliście tropem mojego rozumowania, dodając do tego następujące uwagi.

Cnota wiary polega także na dobrych uczynkach

Kapłan winien znać te i inne prawdy, i o nich uczyć. Lud zaś winien wierzyć, by potem rozumieć to, o czym jest pouczany. Powiedział Apostoł: „Jeżeli nie uwierzycie, to nie pojmiecie”. Wynika z tego, że nie wiara jest następstwem zrozumienia, ale zrozumienie jest następstwem wiary. Nie ten wierzy, kto rozumie, ale ten rozumie, kto wierzy.
Kto rozumie, ten dobrze postępuje, zgodnie z tym, co jest napisane gdzie indziej: Nie chciał zrozumieć, aby nie postępować dobrze". Nie zostało powiedziane: „nie mógł”, ale „nie chciał" zrozumieć, a to po to, byśmy wyrażenie „nie chcieć rozumieć" rozumieli jako równoznaczne z „nie chcieć wierzyć”. Tym samym, by ktoś dobrze postępował winien starać się rozumieć. By zaś rozumieć winien wierzyć.
Tenże sam Apostoł mówi: Wiara ze słyszenia, słuchanie zaś jest Słowo Boże. Stąd nauczyciel Kościoła winien głosić, aby usłyszał ten, kto ma wierzyć, bo bez głoszenia nikt nie usłyszy. Zostało to potwierdzone i powiedziane przez tego samego Apostoła: Jakże usłyszą bez głoszącego.
Skoro więc nikt nie słyszy, jeżeli nie jest głoszone, a jeżeli nie słyszy, to nie wierzy, bez wiary zaś nie rozumie i bez zrozumienia dobrze nie postępuje, to należy głosić słowo wiary, aby słuchający uwierzył, wierząc zrozumiał, a zrozumiawszy wytrwale dobrze postępował. Tego, kto ma wolną wolę, nie usprawiedliwią ani uczynki bez wiary, ani sama wiara bez uczynków.
To właśnie oznacza uwierzyć sercem, by zostać usprawiedliwionym, a ustami wyznać, by zostać zbawionym. Kto by nie uwierzył, to nie mając wiary nie będzie mógł dostąpić ani sprawiedliwości serca, ani zbawienia.

Kapłan nie jest odpowiedzialny za gardzących jego przestrogami

Wówczas na to odpowiadam: W ten sposób narzekając na te budzące odrazę <uczynki> przedstawiasz i z pewnością je wyolbrzymiasz, by wyszydzić biskupów, a nawet sam <urząd> biskupi. Tak jakbyś tam, gdzie przeczytałeś o wspomnianych rzeczach – słusznie napawających cię niepokojem - nie czytał również czego innego. Ja by usprawiedliwić urząd kapłański, dotknę tego, co
zostało przez was pominięte. Po słowach, ukazujących co czeka kapłanów zaniedbujących swoje obowiązki, Prorok mówi o biskupie gorliwie sprawującym swój urząd w ten sposób:

Jeżeli po twoim napomnieniu bezbożnego, by zawrócił ze swoich dróg, on nie zawróciłby z nich, to ów bezbożny umrze w swej nieprawości, a ty uwolnisz swoją duszę Ez 39,9

Zostało w sposób wystarczająco jasny powiedziane, że kapłani nie mogą milczeć, bez względu na to, czy słuchacze dzięki ich nauczaniu postąpią w doskonałości, czy też nie. Nie jest winą <kapłanów>, że ludzie ich słów nie słuchają albo zasłyszanymi gardzą. Stają się winni tylko wtedy, gdy zaniechają napominania. Jeżeli ludzie uparci nie wykorzystają do własnej poprawy ani przykładu życia swoich przełożonych, ani słów nauki, stają się sami winni swego potępienia. Nie mogą natomiast swoimi zbrodniami obwiniać nauczycieli, których przykładem i nauką gardzą.
Sam Prorok kontynuuje ten sam temat w innym miejscu, mówiąc:

Strażnik, gdy ujrzy miecz przychodzący na ziemię, to zadmie w trąbę i oznajmi to ludowi. Słyszący głos trąby, kimkolwiek by był, gdy się tym nie przejmie, to miecz przyjdzie i spadnie na niego, a krew jego spadnie na jego głowę, bo usłyszał głos trąby, a jednak się nie strzegł. Krew jego spadnie na niego. Jeżeli zaś będzie się strzegł, to ocali swoją duszę”.Ez 33, 3-5

Słowo Boże wystarczająco jasno określa, co winien czynić sprawujący urząd strażnika. <mówi ono=""> mianowicie, że gdy zobaczy miecz przychodzący na ziemię, czyli gniew Boży na grzeszników, pogrążonych w czynach
ziemskich, to w żadnym wypadku nie będzie milczał. I jak długo grzesznicy będą tkwić w swych nieprawościach, tak długo stróż nie przestanie obwieszczać nadejścia <niosącego> zagładę gniewu Bożego. Będzie jasno i publicznie napominał – bo to oznacza słowo trąba - aby się poprawili ze swych nieprawości i w ten sposób uniknęli kary przyszłego potępienia. Jeżeli ludzie ziemscy wzgardzą napominającym i głoszącym gniew Boży, grożący współczesnym, to krew ich spadnie na nich samych. Kapłan natomiast, który nie przemilczał ich grzechów, nie będzie uczestniczył w czekającej ich karze.

Grzech pierwszego człowieka i jego konsekwencje

Przyjrzyjmy się, jeżeli to <wam> odpowiada, w jaki sposób pierwsi ludzi popełnili tak wielki grzech, którego konsekwencją było wypędzenie ich z raju na pokutne życie obecnego wygnania. W nich zaś cały rodzaj ludzki na samym swym początku został skazany.
Sądzę, że nie zjedliby z drzewa zakazanego, gdyby wcześniej nie pożądali. Nie pożądaliby, gdyby nie byli kuszeni. Nie byliby kuszeni, gdyby nie zostali opuszczeni przez Boga. Nie opuściłby ich Bóg, gdyby oni wpierw Boga nie porzucili. Oni natomiast nie opuściliby Boga, gdyby uniesieni w sposób godny potępienia pychą nie chcieli upodobnić się do Boga. To <podobieństwo> osiągnęliby bez <podlegania> śmierci fizycznej, gdyby w życiu dochowali wierności Bogu i przestrzegali otrzymanych od Niego przykazań. Mieli być zachowani od śmierci fizycznej i dostąpić podobieństwa do Boga w chwale <niebieskiej>. Tam też nagrodą za to, że tu, choć mogli, zgrzeszyli, miała być niemożliwość popełnienia grzechu.
Tak więc jawna pożądliwość wyrażająca się w chęci ubóstwienia, nie odepchnęłaby <pierwszych ludzi=""> od Stwórcy i nie zepchnęłaby ich do <stanu> stworzeń upadłych, gdyby ich wcześniej nie zepsuła ukryta pycha. Nie ofiarowałby im też diabeł przez węża tak zgubnej rady, gdyby wcześniej nie poznał ich żądz. Powiada on: Jeżeli skosztujecie <owocu> z drzewa wiadomości dobra i zła, otworzą się wasze oczy i staniecie się niczym bogowie znający dobro i zło. To są właśnie te trzy istniejące na świecie <rzeczy>, których nie powinien kochać człowiek miłujący Boga. Zaświadcza o tym święty Jan Apostoł, mówiąc: nie chciejcie miłować świata ani tego, co jest na świecie. Wszystko bowiem, co jest na świecie, jest pożądliwością ciała, pożądliwością oczu i pychą świata, która nie jest z Ojca, ale ze świata. Gdyby pierwsi ludzie, odpadłszy wpierw od miłości Boga, nie zaczęli tych rzeczy miłować, to nigdy nie uwierzyliby złej radzie namawiającego ich węża.
Zaspokoili pożądliwość ciała, gdy skosztowali <owocu> z drzewa zakazanego; pożądliwość oczu, gdy zapragnęli, aby się im oczy otwarły; pychę świata, gdy uwierzyli w możliwość stania się równymi Bogu. Zepsuci żądzą ciała , ciekawością oczu i pychą świata, zostali oderwani od drzewa życia, które było dla nich źródłem daru zachowania od śmierci i trwałego zbawienia. Ciała ich stały się podatne na zepsucie i zgodnie z wyrokiem Bożym zostali uznani za
martwych już tego samego dnia, w którym nieuchronność śmierci spadła na nich jako kara.
Przez owo drzewo, noszące nazwę wiedzy dobra i zła i od <spożywania z=""> którego mogli się powstrzymać, ale nie chcieli, nieszczęśnicy poznali, wskutek kary, <jaka ich="" spotkała="">, na czym polega różnica między dobrem, które utracili, i złem, które na nich spadło. Gdyby utraciwszy dobro nie doznali tak wielkiego zła, to nawet nie zdawaliby sobie sprawy, jak wielkie dobro utracili. Przecież zdrowie staje się wtedy słodsze, gdy człowieka dręczy ból, a gorycz choroby zwraca uwagę na słodycz utraconego zdrowia.
W ten sposób, nie dzięki pouczeniu, ale przez doświadczenie, zaczęli rozumieć, co to jest zło, choć lepiej by było, gdyby tego nie poznali. Ich własna nędza uświadomiła im jakie szczęście utracili. Tak oto tych, na których być może nie wywarłaby wrażenia utrata naturalnego, poruszyło przynajmniej sprawie znanie zła, stanowiącego karę.

Ta dygresja dotycząca pierwszych ludzi na, aby ci, którzy nie chcą cierpieć ich kary wystrzegali się naśladowania ich upadku.

Tadeusz Kaktus
Piękny obraz.