Clicks851
Radek33
1

"Czy wujek Stalin wierzy w Pana Jezusa?-na sali zapadła cisza...To prowokacja!"

Czy Stalin wierzył w Boga?
Fragment książki Wojciecha Sumlińskiego o Ks.Stanisławie Małkowskim,pt.:„Ksiądz – Historia zawierzenia silniejszego, niż nienawiść i śmierć."


„Moi rodzice uważali, że bliskie obcowanie z przyrodą, Jego stworzeniem, jest jednym z lepszych sposobów zbliżania się do Boga. Dlatego dylemat wielu rodzin „wczasy nad morzem” czy „kurtki na zimę”, jednoznacznie rozstrzygnęli na rzecz tego pierwszego. Według przyjętej przez nich hierarchii – za którą jestem i zawsze będę im niewysłowienie wdzięczny – większą wartością jest, jeśli z wiekiem będzie przybywać nie tyle majątku, co doświadczeń i wspomnień. Dlatego już pod koniec lat 40. wyjeżdżaliśmy na wakacje na Mazury i nad morze do Dziwnówka lub Niechorza, a gdy byłem nieco starszy – także w Tatry. Te ostatnie stały się moją wielką miłością i pasją. Na zawsze zapamiętałem zwłaszcza pierwszą tatrzańską wyprawę, panoramę gór, piękną słoneczną pogodę, satysfakcję z wędrówek szlakami Tatr Zachodnich, jesienny klimat i ten koloryt pięknego września. Odkryłem wtedy, że w górach nie ma złej pogody, jest tylko kwestia odpowiedniego ubioru.
To było dopiero później, ale dziwna rzecz, wspomnienia z tego okresu nie są u mnie tak żywe, jak te z czasów wczesnego dzieciństwa, gdzie koniec jednego wydarzenia był początkiem innego, a wszystkie razem układały się w niekończący się łańcuch wydarzeń i przygód. Jest faktem, że na terenie Instytutu Fizyki mieszkało dużo dzieci, więc towarzystwa do zabawy mi nie brakowało. Wokół budynku był piękny ogród: drzewa, krzewy. Wspinaliśmy się po tych drzewach, wśród krzewów bawiliśmy się w chowanego, graliśmy w piłkę i inne gry. Później teren ten został stopniowo zabudowany, ale przez szereg lat po wojnie był wręcz dziki i to nam, dzieciom, bardzo się podobało. Zapamiętałem z tego okresu wielu kolegów i koleżanek, choć przecież było to tak dawno temu…
W tamtym też czasie rodzice zaprowadzili mnie do przedszkola do sióstr franciszkanek ulokowanego przy ulicy Hożej, gdzie jest Dom Prowincjonalny. Na posesji te siostry są obecne od 1874, początkowo był tam tylko drewniany piętrowy domek, później powoli go rozbudowywano. Siostry urządziły w nim ochronkę dla dzieci, w czasie wojny dom stanowił Centrum Zgromadzenia, z któ-rego płynęła pomoc we wszystkich możliwych kierunkach. Matka przełożona, Matylda Getter, pierwsza Prowincjalna Prowincji Niepokalanej, osoba wielkiej dobroci i wrażliwości, prowadziła mnóstwo inicjatyw dobroczynnych, między innymi na szeroką skalę ratowała z okupacyjnej pożogi żydowskie dzieci. Po wojnie siostry, prócz niesienia pomocy licznym potrzebującym, zajmowały się katechezą dzieci przy kościele Karola Boromeusza przy ulicy Chłodnej.
Z początków mojej szkolnej edukacji zapamiętałem przede wszystkim lekcje religii, modlitwę oraz to, że na ścianie wisiał krzyż. Modlitwa była na początku i na końcu lekcji. Gdy byłem w czwartej klasie, w szkole zlikwidowano lekcje religii, a wkrótce potem ze ścian zniknęły krzyże. W tamtym czasie po raz pierwszy zetknąłem się z propagandą, której do tego momentu w takim natężeniu nie dostrzegałem. Może dlatego, że w aż tak silnym stopniu nie doświadczałem jej wcześniej – bo nie istniała przecież w przedszkolu sióstr Rodziny Maryi, z kolei w domu o polityce nie mówiono, bo lęk przed donosicielstwem i przed tym, że dziecko mogło łatwo się z czymś „wygadać”, był powszechny. A może dlatego, że dzięki budowaniu przez rodziców alternatywnego świata wartości w stosunku do tego, co było na zewnątrz, od małego byłem na propagandę uodporniony? Nie wiem. Tak jednak czy inaczej było to dla mnie nowe, zupełnie nieznane wcześniej doświadczenie, które otworzyło mi oczy na wiele spraw, dotąd jakby mniej dostrzegalnych, na przykład na wszechobecne zakłamywanie rzeczywistości. W tamtym czasie kolegowałem się z dziećmi profesora Andrzeja Sołtana, twórcy Instytutu Problemów Jądrowych w Świerku i z tego okresu zapamiętałem taką śmieszną scenę – jest 1 maja, bawię się z dziećmi państwa Sołtanów w ich w mieszkaniu, profesor Sołtan siedzi obok w fotelu, paląc angielskie cyga-ro, i w tym momencie w radiu w trakcie transmisji „na żywo” z pierwszomajowej manifestacji spiker relacjonuje: „W pierwszym szeregu idą nasi bohaterscy fizycy, profesor Pieńkowski, profesor Sołtan…”. Dalej już nie słuchałem, ale kątem oka spojrzałem na profesora, który siedział obok w fotelu i omal nie połknął tego cygara, gdy usłyszał, co usłyszał. Jako dziecko obserwowałem szereg takich kłamliwych absurdów, co w jakiejś mierze pomagało mi wyrabiać sobie pogląd na to wszystko, co działo się wokół, ale były też inne zabawne sytuacje.
Nieraz w mieszkaniu profesorstwa bawiliśmy się w różne gry: warcaby, bierki, chińczyka, szachy, ale zapamiętałem zwłaszcza zabawę w inteligencję, która polegała na tym, że na niedużych kartkach pisało się różne słowa, wrzucało następnie do pudełka i po wymieszaniu zeń wyciągało, i z tych słów należało sklecić jakiś wierszyk.
Wyciągnąłem kartki: „Europa”, „niebo”, „trzeba” „zmiana” i „karta”, i próbowałem z tego sklecić jakąś rymowankę, ale że nic mi nie wychodziło, zwróciłem się o pomoc do mamy moich kolegów, pani Marty Sołtan. I ona natychmiast taki wierszyk ułożyła: „Europy karta już nic niewarta, zmienić ją trzeba, o nieba”. Nie wiem dlaczego zapamiętałem ten właśnie wierszyk, skoro układaliśmy ich wtedy setki, ale myślę sobie teraz, jakże bardzo dziś ów wierszyk zyskuje na aktualności…
Wszystko to razem wzięte w jakiś sposób oddawało pewną atmosferę domu moich kolegów. Sądzę, iż ze względu na daleko posuniętą niezależność profesora, jego naukową pozycję oraz liczne zagraniczne kontakty – na które ówczesne władze patrzyły przez palce ceniąc go jako wybitnego specjalistę – z domu Sołtanów emanowała pewna atmosfera politycznej niezależności czy wręcz opozycji wobec systemu komunistycznego. Może nie tyle wypowiadana otwarcie – ale to się po prostu czuło. Wokół mamy i taty było takich osób więcej.
Pamiętam sytuację związaną z przyjaciółką moich rodziców, późniejszą zakonnicą, dominikanką-misjonarką, Bolesławą Twarowską, która była naszą sąsiadką w Instytucie. Nazywaliśmy ją „ciocią Bolką”. Później, już jako siostra Jadwiga, uczyła fizyki w liceum sióstr nazaretanek na Czerniakowskiej. W Instytucie opiekowała się dziećmi, opowiadała nam piękne bajki, w których były motywy patriotyczne. Wspominała Polaków – bohaterów niedawno przecież zakończonej wojny. Sama w czasie Powstania Warszawskiego była ranna i straciła oko. Była serdeczna, ciepła, opiekuńcza, a przy tym bardzo pobożna, w taki mądry sposób. Chętnie do nas przychodziła, nieraz zastępowała rodziców, jeżeli chcieli gdzieś wyjść, a my z kolei często przychodziliśmy do niej, bo bardzo ją wszyscy lubiliśmy. I pamiętam sytuację, kiedy było w jej mieszkaniu przeszukanie. Zrywano podłogi i znaleziono dolary, które miała przekazać jakiejś pod-ziemnej organizacji. Aresztowano ją. W czasie, gdy ubecy wchodzili i wychodzili z jej mieszkania, zaczepiali dzieci. Wdawali się w jakieś takie głupawe rozmowy, próbując pokazać, jacy to oni są fajni i równi. Ale i ja i inne dzieci rozumieliśmy już wtedy dość, by wiedzieć na pewno, że nie są ani fajni, ani równi.
Z innych wydarzeń z tamtego okresu – a był to rok 1953 – zapamiętałem szkolną „imprezę”, urzą-dzoną z przepychem. Przygotowano szereg pokoi, a w każdym jakieś atrakcje. Dzieci mogły wybierać: włączyć się w improwizowany teatrzyk, w jakąś grę, zabawę czy może po prostu siąść sobie przy stoliku, coś zjeść i wypić. W pewnym momencie, gdy zabawa rozkręciła się na dobre i gdy zacząłem już nawet dobrze się tam czuć, pojawili się członkowie Związku Młodzieży Polskiej, przystojni młodzieńcy i ładne dziewczęta w białych koszulach i czerwonych krawatach – i wszystkie dzieci zapędzili do jednej dużej sali. Na „politagitkę”. Mówili o wielu rzeczach, których nie spamiętałem, ale przede wszystkim o Stalinie, jaki to z niego geniusz i dobry człowiek, kochający wszystkie dzieci. Oczywiście wcześniej coś tam obijało mi się o uszy, że jest jakiś Stalin, ale że ani w domu, ani wcześniej w przedszkolu u sióstr nie było o tym mowy, więc tak naprawdę nie wiedziałem, kto to taki. A tu nagle w szkole mówią, że generalissimus, że wielki przywódca, przyjaciel dzieci i w ogóle anioł wcielony, który chyba tylko przypadkiem sfrunął na ziemię. Zrobiło mi się trochę głupio, że nic nie wiem o tak świetlanej postaci, ale że nie chciałem tego po sobie dać znać, więc postanowiłem wyczekać okazji, by zaplusować.
Okazja nadarzyła się szybciej, niż mógłbym to sobie wymarzyć. Gdy już zatem przystojna młodzież w czerwonych krawatach powiedział nam wszystko, co miała do powiedzenia i przyszedł czas na pytania, wystrzeliłem z miejsca jak z procy i wypaliłem: – A czy ten wujek Stalin jest wierzący? Czy on wierzy w Pana Jezusa? – zapytałem. Było dla mnie oczywistą oczywistością, że odpowiedź może być wyłącznie twierdząca, bo przecież – myślałem – taki dobry człowiek musi wierzyć w Boga. Oczekiwałem zatem potwierdzenia i pochwały za mądre pytanie. Tymczasem w sali zapadło takie milczenie, że można było usłyszeć przelatującą muchę. Spojrzałem na naszych prelegentów i zamarłem. Jeden rzut oka i już wiedziałem, że trafiłem kulą w płot. Młodzi chłopcy i dziewczęta w większości lustrowali sufit, jakby chcieli sprawdzić, czy za chwilę nie zwali im się na głowy, niektórzy przyglądali się swoim butom, a pozostali patrzyli na mnie tak, jakbym zabił im rodziców harmonią, bądź – o zgrozo – chichotali ukradkiem.
Niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc popatrzyłem z kolei na naszych nauczycieli i tu spostrzegłem zachowania ambiwalentne: od szerokich uśmiechów od ucha do ucha, które mogły oznaczać absolutnie wszystko, po twarze czerwone z gniewu, a kto wie, czy i nie z braku tchu. Zrozumiałem, że palnąłem jakąś gafę, i że bynajmniej nie polegała ona wcale na tym, iż spytałem o rzecz oczywistą. A gdybym miał w tym zakresie jeszcze jakieś wątpliwości, to musiałbym je szybko stracić po tym, gdy jedna z nauczycielek przerwała ciszę, mówiąc krótko: „Nie wierzy”. Powiedziała to ledwie dosłyszalnym szeptem, zapewne na poły do siebie, ale w tej pełnej napięcia ciszy jej słowa wydały się głośniejsze niż dźwięk kościelnego dzwonu. Szybka analiza i już wiedziałem, co robić. – No to ja się za niego pomodlę, żeby nie poszedł do piekła – zadeklarowałem ochoczo, sądząc, że jeśli tak dobry człowiek z nieznanych mi powodów nie wierzy w Boga, to trzeba mu pomóc i modlić się za niego. Byłem przekonany, że tym razem to już na pewno moje dobre intencje zostaną docenione, ale najwyraźniej znów się pomyliłem, bo gdzieś z głębi sali dobiegł głos: „to prowokacja”. Zrobiło się z tego niezłe zamieszanie zakończone potężną awanturą, która omal nie miała naprawdę poważnych konsekwencji, ale ostatecznie staraniem kilku życzliwych osób całą rzecz udało się wyciszyć.
Konsekwencją tej historii było jednak to, że musiałem rodzicom obiecać, że nic już o Stalinie mówić nie będę.
– I obiecał ksiądz?
– Tak. Ale wciąż chyba jeszcze niewiele z tego wszystkiego rozumiałem, bo akurat w maju 1953 wypadała moja pierwsza komunia święta i tak sobie wtedy pomyślałem… No, mówiono nam na lekcjach religii, że dziecko z okazji pierwszej komunii może bardzo wiele wyprosić u Pana Boga, więc pomyślałem sobie, że pomodlę się za tego dobrego człowieka, który pomimo całej swej dobroci nie wierzy w Boga, żeby się nawrócił i nie poszedł do piekła. Później, gdy już zacząłem „dojrzewać politycznie”, zastanawiałem się, jaki był efekt tej modlitwy i kto z niej skorzystał. Wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że prędzej jakaś ofiara Stalina, aniżeli on sam…"

Wojciech Sumliński
Radek33
(...)"Gdy byłem w czwartej klasie, w szkole zlikwidowano lekcje religii, a wkrótce potem ze ścian zniknęły krzyże. W tamtym czasie po raz pierwszy zetknąłem się z propagandą, której do tego momentu w takim natężeniu nie dostrzegałem. Może dlatego, że w aż tak silnym stopniu nie doświadczałem jej wcześniej – bo nie istniała przecież w przedszkolu sióstr Rodziny Maryi, z kolei w domu o polityce …More
(...)"Gdy byłem w czwartej klasie, w szkole zlikwidowano lekcje religii, a wkrótce potem ze ścian zniknęły krzyże. W tamtym czasie po raz pierwszy zetknąłem się z propagandą, której do tego momentu w takim natężeniu nie dostrzegałem. Może dlatego, że w aż tak silnym stopniu nie doświadczałem jej wcześniej – bo nie istniała przecież w przedszkolu sióstr Rodziny Maryi, z kolei w domu o polityce nie mówiono, bo lęk przed donosicielstwem i przed tym, że dziecko mogło łatwo się z czymś „wygadać”, był powszechny. A może dlatego, że dzięki budowaniu przez rodziców alternatywnego świata wartości w stosunku do tego, co było na zewnątrz, od małego byłem na propagandę uodporniony? (...)"