Clicks397
MementoMori+++
1

jak powinniśmy wszystkimi naszymi władzami dążyć ku górze, modlić się w duchu i przebóstwiać całe nasze działanie. Mówi też o trzech stopniach życia wewnętrznego.Jan Tauler

"Kazanie to... uczy nas, jak powinniśmy wszystkimi naszymi władzami dążyć ku górze, modlić się w duchu i przebóstwiać całe nasze działanie. Mówi też o trzech stopniach życia wewnętrznego.

Umiłowani, bądźcie jednomyślni na modlitwie. (1 p 3,7)


W niedzielnym czytaniu słuchamy słów św. Piotra: Umiłowani moi, bądźcie jednomyślni na modlitwie. Czyni on tu aluzję do najpożyteczniejszego, najrozkoszniejszego i najszlachetniejszego z wszystkich działań. Modlitwa to najowocniejsza i najmilsza z czynności możliwych na ziemi.
Zastanówcie się zatem, czym jest modlitwa, jaka jest jej istota, rodzaje, sposoby oraz gdzie i na jakim miejscu mamy się modlić.
Czym jest więc modlitwa? Jak mówią Święci i Doktorzy, istota jej polega na wzniesieniu ducha do Boga. Miejscem, gdzie mamy się modlić, jest duch; to słowa samego Pana (J 4,23). Zatem pomówmy tu o metodzie modlitwy, przygotowaniu się do niej i zachowaniu, gdy ją odmawiamy.
Każdy dobry człowiek, który chce się modlić, powinien skierować na siebie swoje zmysły wewnętrzne i sprawdzić, czy duch jego jest całkowicie zwrócony ku Bogu. Skupienie to obejmuje trzy stopnie: najwyższy, najniższy i pośredni. Dobrze też będzie, jeśli każdy człowiek zbada, co mu najbardziej pomaga, co go najskuteczniej pobudza do szczerego prawdziwego nabożeństwa i tym właśnie ćwiczeniem i sposobem modlitwy powinien się posługiwać. Wiedzcie jednak, że dobry człowiek, jeśli chce się modlić prawdziwie, dobrze oraz pragnie, żeby jego prośba została naprawdę wysłuchana, musi odwrócić się od wszystkich rzeczy czasowych i zewnętrznych, od wszystkiego co nie Boże, bez względu na to czy jest to przyjaciel czy obcy, czy jakakolwiek próżność, stroje czy klejnoty, i od wszystkiego czego Bóg nie jest prawdziwą przyczyną. Musi on ponadto kontrolować swoją mowę, czuwać nad swym postępowaniem i chronić je od wszelkiego wewnętrznego i zewnętrznego nieładu. W ten to sposób człowiek powinien się przygotowywać do prawdziwej modlitwy. Kiedy św. Piotr mówi, że trzeba trwać w jednomyślności, znaczy to, że duch (modlącego się) człowieka powinien przylgnąć całkowicie i wyłącznie do Boga, że człowiek powinien wzrok swojej głębi i swego ducha kierować całkowicie i aktualnie ku Niemu i trwać przy Nim z oddaniem i miłością.
Moi drodzy, wszystko co naszym zwiemy, mamy od Boga. Pierwszą zatem rzeczą, jakiej powinniśmy dokonać, jest wszystko, co otrzymaliśmy, Jemu oddać na powrót, ze wzrokiem skierowanym ku wnętrzu i jednym niepodzielonym sercem. W ten sposób człowiek powinien natężyć wszystkie swoje władze zewnętrzne i wewnętrzne, i wznieść je ku Bogu. Oto dobra metoda prawdziwej modlitwy.

Nie sądźcie, że prawdziwa modlitwa polega na tym, że dużo się recytuje zewnętrznie, ustami, że odmawia się wiele psalmów i nokturnów, że przesuwa się paciorki między palcami, podczas gdy myśl błąka się tu i tam. Zaprawdę wiedzcie: odrzućcie śmiało wszystkie modlitwy i uczynki, które wam przeszkadzają w modlitwie serca, bez względu na to, jakie one są i jak się nazywają oraz jak wielkie i dobre się wydają — wyjąwszy godziny kanoniczne, do których odmawiania zobowiązują was rozporządzenia Kościoła świętego; poza tym jednym wyjątkiem odrzuć śmiało wszystko, co ci przeszkadza w rzeczywistej i prawdziwej modlitwie.
Zdarza się jednak czasem, że jakiejś wspólnocie nakłada się z tej czy innej racji jakieś wielkie i uciążliwe modlitwy zewnętrzne; jak powinien się wówczas zachować człowiek wewnętrzny, któremu modlitwy ustne, ze względu na ich akty zewnętrzne, przeszkadzają w modlitwie wewnętrznej? Powinien on je zarzucić, a zarazem ich nie zarzucać. Jak jednak to zrobić? Powinien najpierw skupić się w sobie samym i zwrócić ku swej wewnętrznej głębi, wznieść ducha, wytężyć władze, kontemplować wewnętrznie obecność Bożą i tak samo wyrażać życzenie spełnienia się przede wszystkim umiłowanej woli Bożej; powinien oderwać się wewnętrznie od wszystkich ludzi i stworzeń i coraz głębiej zanurzać się w tę chwalebną wolę. W tę dyspozycję człowiek powinien wiernie włączyć wszystkie polecone sobie sprawy oraz wzbudzić pragnienie, by posłużyły one chwale i uwielbieniu Boga oraz większemu pożytkowi i pociesze poleconych mu ludzi. Tak postępując pomodliłeś się o wiele lepiej, niż gdybyś tysiąc razy powtórzył ustne formułki.

Modlitwa w duchu znacznie przewyższa wszelką modlitwę zewnętrzną, ponieważ ludzi, którzy ją praktykują, oczekuje Ojciec, a wszystkie inne modlitwy jej mają służyć. A jeśli nie służą, poniechaj ich bez obawy. Wszystko ma służyć tej modlitwie. Patrzcie na tych, którzy budują katedrę: wykonuje się przy tym najrozmaitsze czynności, jest tu zatrudnionych więcej może niż stu ludzi, którzy pełnią rozmaite posługi: jedni noszą kamienie, inni zaprawę murarską, każdy ma swoje oddzielne funkcje. Ale wszystko to służy jednemu i temu samemu dziełu, a mianowicie zbudowaniu i wykończeniu katedry; wszystko prowadzi do powstania domu modlitwy. Cel tych wszystkich zabiegów jest jeden: modlitwa; wszystkie różnorakie prace jemu służą. A jeśli ta wewnętrzna modlitwa ducha rzeczywiście się pojawia, żadna z poprzednich czynności nie została zmarnowana, lecz wszystkie w pełni osiągnęły zamierzony cel. Ta modlitwa wewnętrzna nieporównanie przewyższa modlitwę zewnętrzną — chyba że człowiek doszedł do takiej wprawy, że potrafi bez trudności łączyć modlitwę zewnętrzną z wewnętrzną, tak że jedna nie przeszkadzałaby drugiej; nastąpiłoby wówczas zespolenie rozkoszowania się i działania — podobnie jak to ma miejsce w Bogu. W Nim najwyższe działanie zespala się z najczystszym rozkoszowaniem, w doskonałej jedności, bez wzajemnego przeszkadzania sobie, przy czym oba realizują się w stopniu najwyższym i jedno nie szkodzi drugiemu.
Działanie należy w Bogu do Osób, rozkoszowanie się przypisujemy prostej istocie. Ojciec niebieski, rozważany według swej osobowej właściwości Ojca, jest czystym działaniem. Wszystko w Nim jest działaniem, ponieważ poznając siebie samego rodzi On swego umiłowanego Syna i wraz z Nim, w niewysłowionym uścisku wzajemnej miłości, tchnie Ducha Świętego. Jest to odwieczne, rzeczywiste działanie Osób. W Bogu jest nadto samoistność i prosta istota. Tam jest tylko spokojne proste rozkoszowanie się i proste kosztowanie własnego Bożego bytu; działanie i rozkoszowanie się są tam jednym i tym samym .
Bóg dał również, na swoje podobieństwo, zdolność działania wszystkim stworzeniom: niebu, słońcu i gwiazdom, a następnie, w stopniu o wiele wyższym niż wszystkim rzeczom — również aniołom i ludziom, wszystkim odpowiednio do ich natury. Nie ma takiego, najmniejszego nawet kwiatka, najmniejszego źdźbła trawy, na które nie działałoby ogromne sklepienie niebieskie, gwiazdy, słońce i księżyc, a przede wszystkim sam Bóg. Jakże więc mógłby nie być aktywny szlachetny, na obraz Boży uczyniony, godny człowiek, który w swoich władzach ukształtowany został w Nim i na Jego podobieństwo, i do Niego jest podobny w swej istocie? To szlachetne stworzenie musi być aktywne w o wiele doskonalszy sposób niż stworzenia nierozumne np. nieboskłon; zajmują one przecież dalsze niż on miejsce w hierarchii podobieństwa do Boga. Człowiek przejawia działanie zarówno w życiu aktywnym, jak kontemplatywnym oraz we wszystkich swoich władzach, najwyższych i najniższych, bez względu na obraną drogę. A każda władza skierowana jest do właściwego sobie przedmiotu, czy pochodzi on od Boga czy od stworzeń; skierowane są one ku niemu i działają zgodnie z naturą tego, co im zostało przedstawione.

Kto by zatem dokonał tego, że wszystkie przedmioty jego działania byłyby Boskie i niebiańskie, kto odwróciłby się tyłem do wszystkich rzeczy doczesnych, wszystkie jego uczynki stałyby się tym samym Boskie. Szlachetna, czcigodna dusza naszego Pana, Jezusa Chrystusa, była swymi wyższymi władzami nieustannie skierowana do Bóstwa, ku temu celowi była ona zwrócona od pierwszego momentu swego stworzenia. Dlatego od samego początku cieszyła się tą samą szczęśliwością i rozkoszą, jaką ma teraz, podczas gdy w swoich władzach niższych mogła ona działać, wzruszać się i cierpieć; na jej życie składały się więc: rozkoszowanie się, działanie i cierpienie. Kiedy Pan nasz cierpiał i umierał na krzyżu, miał w swoich władzach wyższych to samo rozkoszowanie się, jakie posiada teraz. Ci zatem którzy są najwierniejsi w poświęcaniu się sprawom Bożym i w których działanie i rozkoszowanie stają się jednym, po śmierci najbardziej się do Niego upodobnią w istotowym, wiecznym rozkoszowaniu się.
Ach, moi drodzy! Ludzie, którzy zaniedbują dzieło tak szlachetne — nie wykorzystują swoich szlachetnych władz — wyrządzają sobie wielkie, straszne szkody i żyją w ogromnym niebezpieczeństwie. Człowiek taki traci cenny czas i zasługuje na niezmierzone dotkliwe kary w czyśćcu, a w wieczności otrzyma niewielką tylko nagrodę. Los ich będzie podobny do sytuacji nieokrzesanego chłopa, niezdolnego do zajęcia miejsca w bliskim otoczeniu króla i nie nadającego się na zaufanego sługę w jego komnatach. Ci próżni zewnętrzni ludzie będą tysiąc razy mniej jeszcze zdolni widzieć, jak szlachetni bliscy przyjaciele Boga mieszkać w Nim będą na wieki. Ci próżniacy, żyjący wewnętrznie i zewnętrznie bez Boga, pobudzają tylko złe duchy do kuszenia ich i dają im do tego doskonałą okazję.

Powiedzieliśmy wyżej, że człowiek podobny jest Bogu w tym, że może połączyć równoczesne działanie i rozkoszowanie się. Ma to miejsce wówczas, kiedy człowiek wewnętrzny ściśle się jednoczy z Bogiem przez wewnętrzne, doskonałe i czyste Jego pragnienie. Od tego co terminem tym określamy w kategoriach życia zewnętrznego, pragnienie to różni się tak dalece, jak bieg od siedzenia. Jest to wewnętrzne pragnienie Boga kontemplowanego jako wewnętrznie obecnego. Ta wewnętrzna świadomość daje człowiekowi rozkosz, a pobudzony tym pragnieniem oddaje się on, w zależności od potrzeb i pożytku, dziełom zewnętrznym; od tej wewnętrznej świadomości odchodzi on jednak, tylko po to by znów do niej wrócić. Wewnętrzne czuwa z bliska nad zewnętrznym, podobnie jak kierownik robót mający pod swymi rozkazami wielu czeladników i pracowników fizycznych. Sam nie pracuje, z rzadka tylko pojawia się na placu robót, by ich doglądać, szybko kreśli plany i udziela wskazówek robotnikom, którzy następnie zgodnie z nimi wykonują powierzone sobie zadania. Te funkcje kierownicze i nadzorcze zupełnie wystarczą, by uważać go za autora wszystkich prac wykonanych przez robotników. Z racji wydawanych przez niego poleceń i wskazówek jemu się wszystko przypisuje i dzieło to jest też bardziej jego własnością niż robotników, którzy je wykonali.
Podobnie też postępuje wewnętrzny przemieniony człowiek. Przez swoje rozkoszowanie się pozostaje on wewnątrz, ale za pomocą światła roztropności rzuca szybkie spojrzenia na władze zewnętrzne i każdej daje wskazówki do działania, wewnętrznie pozostaje on jednak pogrążony i jakby zatopiony w napełniającym go rozkoszą zjednoczeniu z Bogiem, tak że działanie zewnętrzne w najmniejszym stopniu nie zakłóca wolności tego rozkoszowania się. Wszystkie jego uczynki zewnętrzne służą jednak temu rozkoszowaniu się do tego stopnia, że nawet najmniejszy z nich coś do niego wnosi. Dlatego najrozmaitsze czynności (takiego człowieka) mogą być nazwane jednym dobrym dziełem.
Podobnie w Kościele świętym istnieje uporządkowana jedność, która uzasadnia nazwę corpus mysticum - „ciało duchowe”, którego Głową jest Chrystus, posiadające wiele członków. Jest więc oko, które widzi całe ciało, ale nie widzi siebie samego, są usta, które jedzą i piją, ale czynią to dla ciała, a nie dla siebie samych; tak samo jest z ręką, nogą i innymi licznymi różniącymi się od siebie członkami. Każdy z nich ma swoją własną funkcję, a wszystkie należą do tego samego ciała i tej samej Głowy. Tak więc w całym Chrześcijaństwie nie ma ani jednej najmniejszej nawet czynności, np. dźwięku dzwonów czy blasku świecy, która nie służyłaby dokonaniu tego wewnętrznego dzieła.

Moi drodzy, w tym Ciele Mistycznym powinna panować wielka solidarność, równa tej, jaka jest pomiędzy waszymi własnymi członkami. Żaden z członków nie powinien (mając na względzie siebie tylko) zadawać bólu czy szkodzić innym, przeciwnie, powinien utożsamiać się z wszystkimi, tak by jeden był dla wszystkich, a wszyscy dla jednego. Gdy zatem dowiemy się, że w tym Ciele jest jakiś członek od nas szlachetniejszy, powinniśmy wyżej go cenić niż siebie samych. Ramię czy ręka bardziej broni głowy, serca i oczu niż siebie samych, podobnie też wśród członków Boga panować powinna miłość tak spontaniczna, żebyśmy powodowani serdeczną życzliwością, tym bardziej się cieszyli z dobra bliźniego, im więcej jest w nim godności oraz im droższy jest on naszej szlachetnej Głowie. Wszystko czego chciałby nasz Pan, powinienem tak samo brać sobie do serca, jak to co należy do mnie. Jeśli więc dobro mojego brata kocham więcej niż on sam, jest ono bardziej moim dobrem niż jego. Zło pozostaje jego złem, ale dobro, które w nim kocham, jest naprawdę moim dobrem.
Zachwycenie św. Pawła było przeznaczone przez Boga nie dla niego, lecz dla mnie. Jeśli jednak kocham wolę Bożą, zachwycenie to jest mi droższe w św. Pawle niż we mnie, a jeśli kocham je w nim naprawdę — zarówno to, jak i wszystko co mu kiedykolwiek Bóg uczynił, jest równie moje jak jego, jeśli tylko kocham je tak samo w nim jak w sobie. Te same uczucia powinienem żywić wobec tego, kto jest gdzieś za morzem, nawet gdyby on był moim nieprzyjacielem. Taka właśnie solidarność przystoi Ciału Mistycznemu. W ten oto sposób powinienem się wzbogacać we wszelkie dobro, jakie jest we wszystkich przyjaciołach Boga, w niebie i na ziemi oraz w naszej Głowie.
Gdyby miłość ukształtowała mnie w woli Bożej, podobnie jak ukształtowała pozostałe członki tego duchowego Ciała znajdujące się pod tą szlachetną Głową, to wszelkie dobro należące do Głowy i członków, w niebie i na ziemi, do aniołów i świętych, przepłynęłoby rzeczywiście i istotowo we mnie. Stawszy się podobny do Niego, otrzymałbym Jego kształt i stracił swój własny.
Popatrzcie, tutaj jest naprawdę łatwo rozpoznać, czy kochamy Boga i Jego wolę czy też siebie samych oraz — mniej lub bardziej — to co nasze. Zdarza się często, że to co z zewnątrz wygląda na złoto, w środku nie ma nawet tyle wartości co miedź. Prawdziwie ubogimi w duchu są ci, którzy całkowicie wyrzekli się swego, choćby nawet mieli wszystko. Ach, moi drodzy, jak rzadko można spotkać na świecie miłość, jednakową w cierpieniu jak i w radości.

A teraz powiem wam o trzech stopniach życia wewnętrznego: niższym, pośrednim i najwyższym.

Pierwszy stopień
życia wewnętrznego i cnotliwego, ten który prowadzi nas prosto w bezpośrednią bliskość Boga, polega na tym, że człowiek oddaje się całkowicie rozważaniu wspaniałych dzieł, w których się ukazują nie- wysłowione dary Boże i gdzie rozlewa się tajemna Jego dobroć. Owocem takich medytacji jest stan duszy zwany iubilatio.
Drugi stopień — to duchowe ubóstwo i osobliwe oddalenie się Boga, powodujące w duchu bolesne ogołocenie.
Trzeci stopień stanowi przejście do życia bogopodobnego (gottfórmigcs Leben), w jedności ducha stworzonego z samoistnym Jego duchem. Można to nazwać prawdziwym nawróceniem i jest mało prawdopodobne, by ci którzy osiągnęli ten cel, mogli się kiedyś od Boga oddalić.

Do pierwszego stopnia, to jest do iubilatio, dochodzi się poprzez pilne rozważanie cudownych świadectw miłości, jakie Bóg dał nam we wspaniałościach nieba i ziemi oraz w obfitości dobrodziejstw, jakimi obsypał nas i wszystkie stworzenia. Następnie stopień ten osiągamy rozważając, jak wszystko się zazielenia i rozkwita, jak wszystko pełne jest Boga, jak niepojęta Jego szczodrobliwość obdarzyła bogatymi darami wszystkie stworzenia, jak to On szukał, prowadził i we wszystko wyposażał człowieka, zapraszał go i ostrzegał, jak cierpliwie na niego czeka, jak z miłości dla niego sam stał się człowiekiem, cierpiał i złożył za nas w ofierze swoje życie, duszę i samego siebie, do jakiej zażyłości ze sobą nas zaprosił i jak cierpliwie Trójca Święta czeka na tego człowieka, by się Nią rozkoszował przez wieki. Kiedy człowiek pełnym miłości spojrzeniem ogarnia to wszystko, budzi się w nim ogromna, żywiołowa radość. Człowieka patrzącego na te rzeczy ze szczerą miłością ogarnia radość tak wielka, że jego słabe ciało nie może jej znieść i reaguje na zewnątrz szczególnymi objawami. Gdyby nie one, mogłaby mu ustami trysnąć krew, jak to już nieraz obserwowano, albo też czułby się jakby zmiażdżony ciężarem. Pan nasz napełnia go w ten sposób swoją słodyczą i w serdecznym uścisku w sposób odczuwalny zespala go ze sobą. W ten sposób Bóg pociąga najpierw człowieka do siebie, zachęcając go do wyjścia ze siebie i z wszelkiej różnica.
Niech nikt nie waży się wchodzić w sprawy tych dzieci Bożych. Niech im nie stwarza przeszkód i nie skazuje ich na wielość, przeładowując ich zwykłymi ćwiczeniami czy uczynkami zewnętrznymi. W przeciwnym razie bowiem możecie sami się narazić na zgubę. Przeor nie powinien się pytać, dokąd poszedł brat, który wyszedł z chóru po skończeniu śpiewów, chyba że chodzi
0 kogoś mało poważnego — nad krokami i uczynkami takiego trzeba czuwać.
Kiedy pewnego dnia Pan nasz zaszczycił jednego ze swoich serdecznych przyjaciół Boskim pocałunkiem, duch tego przyjaciela Boga powiedział: Doprawdy, Panie, nie czyń tego, bo radość z tego pocałunku rozsadzi mi serce
1 nie będę ci już mógł być użyteczny; jak wówczas będę mógł modlić się za biedne dusze, skracać im pobyt w czyśćcu, jak prosić za biednymi grzesznikami?
Grzesznicy i zmarli nie mogą przecież sami sobie dopomóc. My, żyjący jeszcze na ziemi, powinniśmy ich wspierać. Bez naszej pomocy Bóg nie może niczego dla nich uczynić; Jego sprawiedliwość domaga się zadośćuczynienia, obowiązkiem zatem żyjących na ziemi przyjaciół Boga jest okazywanie im pomocy. Jakaż byłaby miłość człowieka, który ze względu na tę pomoc chciałby zrezygnować z tak wielkiej pociechy!

A teraz kilka słów na temat drugiego stopnia. Kiedy Bóg odwiódł człowieka tak daleko od wszystkich rzeczy (ziemskich), że przestał on już być dzieckiem, kiedy umocnił go swymi rozkoszami, zaczyna wtedy dawać dobry, czerstwy chleb owsiany temu, kto stał się teraz mężem i osiągnął wiek dojrzałości. Dla człowieka w tym wieku solidny pokarm jest pożyteczny i dobry, nie trzeba mu już mleka i bułeczek, otwiera się teraz przed nim droga zupełnie pustynna, ciemna i żmudna. Tą drogą będzie on prowadzony. Na niej Bóg odbierze mu wszystko, co mu dał kiedykolwiek. Człowiek będzie wówczas do tego stopnia pozostawiony sobie samemu, że absolutnie nic już nie będzie wiedział o Bogu. Popadnie wtedy w tak wielki niepokój, że zapomni już nawet, czy kiedykolwiek znajdował się na właściwej drodze, czy istnieje dla niego jakiś Bóg, czy też nie i czy on sam żyje czy nie, a wszystko to napełni go bólem, bólem tak wielkim, że zbyt ciasny mu się wyda cały ten szeroki świat. Nie doświadcza on żadnych uczuć względem Boga, nic o Nim nie wie, a wszystko inne będzie budziło w nim odrazę. Wyda się mu, jakby się znalazł między dwiema ścianami i z tyłu godził weń miecz, a z przodu ostra włócznia. Cóż mu wtedy pozostaje? Nie może się ani cofnąć, ani posunąć do przodu. Niech więc usiądzie i powie: Pozdrawiam Cię, Boże, gorzka, pełna wszelkiej łaski Goryczy! Kochać i być zmuszonym znosić brak umiłowanego dobra, wydawałoby się takim ludziom czymś gorszym od piekła, gdyby ono było na ziemi możliwe. Wszystko co można wówczas powiedzieć temu człowiekowi, nie pociesza go bardziej niż kamień. Jeszcze mniejszą ma on ochotę słuchać głosu stworzeń. Im głębsza była jego świadomość i doświadczenie Boga, tym większe i trudniejsze do zniesienia są gorycz i udręka tego ogołocenia.
Nuże, odwagi! Pan jest z pewnością blisko. Trzymaj się filaru żywej, prawdziwej wiary, niebawem wszystko pójdzie dobrze. W tej męce biedna dusza nie może jednak uwierzyć, że nieznośne ciemności mogą się kiedyś zamienić w światło.
Kiedy Pan przygotował człowieka przez tę nieznośną mękę (przygotowuje ona bowiem lepiej niż wszelkie ćwiczenia, jakie wszyscy ludzie mogliby odprawić), przychodzi wtedy On i podnosi go na trzeci stopień.

Tam zdejmuje mu zasłonę z oczu i ukazuje prawdę, a w tym momencie wschodzi w pełnym blasku słońce i uwalnia człowieka od wszelkiego cierpienia. Czuje się on wówczas, jakby przechodził ze śmierci do życia. Bóg naprawdę wyrywa tu duszę jej samej, by ją pociągnąć ku sobie. Wynagradza mu wtedy całą jego udrękę i leczy wszystkie jego rany, przeprowadzając go z ludzkiego do Boskiego rodzaju życia, z najgłębszego smutku — do Boskiej pewności. Człowiek jest teraz do tego stopnia przebóstwiony, że wszystko czym jest i co czyni, to Bóg tym jest i On to w nim czyni. Jest on wyniesiony tak wysoko ponad swój naturalny sposób życia, że w rzeczywistości staje się przez laskę tym samym, czym Bóg jest z natury. W stanie tym człowiek czuje się jakby zagubiony: niczego o sobie nie wie, niczego nie doznaje ani nie czuje, ma jedynie świadomość prostego istnienia.
Moi drodzy! Rzeczywiste dotarcie do tego stanu oznacza osiągnięcie najgłębszych pokładów pokory i unicestwienia; przewyższa to naprawdę wszystko, co mogą poznać zmysły i rozum, tu bowiem mamy najprawdziwsze poznanie własnej nicości. Tutaj też najgłębiej zanurzamy się w pokorę. Bo im głębiej się zanurzamy, tym wyżej się wznosimy; wysokość i głębokość są tutaj jednym i tym samym. Gdyby się wówczas zdarzyło, że człowiek przez przypisywanie sobie dobra Bożego, w ten czy inny sposób spadłby z tej wysokości na siebie samego, na swoje własne „ja”, byłby to prawdziwy upadek Lucyfera.
Na tym też stopniu dochodzi się do tej prawdziwej jednomyślności na modlitwie, o której dzisiejsze czytanie mówi, że stajemy się w niej jednym z Bogiem.
Niech nam Bóg dopomoże, żebyśmy wszyscy to osiągnęli. Amen." - Jan Tauler OP
MementoMori+++
"A teraz kilka słów na temat drugiego stopnia. Na niej Bóg odbierze mu wszystko, co mu dał kiedykolwiek. Człowiek będzie wówczas do tego stopnia pozostawiony sobie samemu, że absolutnie nic już nie będzie wiedział o Bogu. Popadnie wtedy w tak wielki niepokój, że zapomni już nawet, czy kiedykolwiek znajdował się na właściwej drodze, czy istnieje dla niego jakiś Bóg, czy też nie i czy on sam żyje …More
"A teraz kilka słów na temat drugiego stopnia. Na niej Bóg odbierze mu wszystko, co mu dał kiedykolwiek. Człowiek będzie wówczas do tego stopnia pozostawiony sobie samemu, że absolutnie nic już nie będzie wiedział o Bogu. Popadnie wtedy w tak wielki niepokój, że zapomni już nawet, czy kiedykolwiek znajdował się na właściwej drodze, czy istnieje dla niego jakiś Bóg, czy też nie i czy on sam żyje czy nie, a wszystko to napełni go bólem, bólem tak wielkim, że zbyt ciasny mu się wyda cały ten szeroki świat. Nie doświadcza on żadnych uczuć względem Boga, nic o Nim nie wie, a wszystko inne będzie budziło w nim odrazę. Wyda się mu, jakby się znalazł między dwiema ścianami i z tyłu godził weń miecz, a z przodu ostra włócznia. Cóż mu wtedy pozostaje? Nie może się ani cofnąć, ani posunąć do przodu. Niech więc usiądzie i powie: Pozdrawiam Cię, Boże, gorzka, pełna wszelkiej łaski Goryczy! Kochać i być zmuszonym znosić brak umiłowanego dobra, wydawałoby się takim ludziom czymś gorszym od piekła, gdyby ono było na ziemi możliwe. Wszystko co można wówczas powiedzieć temu człowiekowi, nie pociesza go bardziej niż kamień. Jeszcze mniejszą ma on ochotę słuchać głosu stworzeń. Im głębsza była jego świadomość i doświadczenie Boga, tym większe i trudniejsze do zniesienia są gorycz i udręka tego ogołocenia.
Nuże, odwagi! Pan jest z pewnością blisko. Trzymaj się filaru żywej, prawdziwej wiary, niebawem wszystko pójdzie dobrze. W tej męce biedna dusza nie może jednak uwierzyć, że nieznośne ciemności mogą się kiedyś zamienić w światło.
Kiedy Pan przygotował człowieka przez tę nieznośną mękę (przygotowuje ona bowiem lepiej niż wszelkie ćwiczenia, jakie wszyscy ludzie mogliby odprawić), przychodzi wtedy On i podnosi go na trzeci stopień."