jili22
222

Święta przyjaźń, która doprowadziła kleryka Jana Bosko do chrześcijańskiej doskonałości

Późną jesienią 1846 roku Louis Comollo wstąpił do seminarium. Od pierwszego dnia zbliżył się do Jeana Bosco. Łącząca ich więź świętej przyjaźni będzie się coraz bardziej zacieśniać.
Czy możemy sobie wyobrazić jeszcze dwie różne natury? John pełen aktywności, zawsze w poszukiwaniu dobrego żartu, obdarzony stalowymi mięśniami i żelaznym zdrowiem; spokojny uczeń Cinzano, zamknięty w sobie, niezdarny i blady, jak pogodzić te przeciwieństwa?
Właśnie dzięki tym różnicom doskonale się uzupełniają. Jean przekazuje przyjacielowi coś ze swojej płonącej energii, zorientowanej na to, co praktyczne, podczas gdy Louis Comollo, on, jest wzorem wytrwałości w poszukiwaniu najlepszej i głębokiej pobożności. Jeśli kiedykolwiek, po czcigodnym Don Cafasso, seminarium w Chieri udzieliło schronienia świętemu, to jest to Louis Comollo, tak myśli się wszędzie.
Nie podejrzewając tego, Louis staje się aniołem stróżem swojego przyjaciela. Delikatnie wytyka swoje wady. Jeśli zdarzy się, że porwany pasją swojego temperamentu, Jean popełnia zabawę trochę bolesną, spokojne i poważne spojrzenie Louisa wystarczy, aby zrozumieć i żałować swojego zapomnienia.
Pewnego wieczoru Ten Jan, będąc częścią tarota ze swoimi współbraćmi, idzie bardzo ciepło w kierunku kaplicy:
– Nie miałeś lepiej przestać, John? jego przyjaciel ze smutkiem go.
"Co masz na myśli?"
— Taroty. Obawiam się, że po takim wieczorze trudno będzie wam się dobrze modlić.
"Masz rację", wyznaje John.
I postanawia już nie dotykać karty.
Jest taki moment, w którym Jan nie jest w stanie konkurować ze swoim przyjacielem. Louis jest już, mimo młodego wieku, mistrzem ascezy. Przy stole zadowala go to, co najbardziej niezbędne, często odrobina wody i chleba, zwłaszcza w czasie Wielkiego Postu. Jan głosi umiar swemu przyjacielowi:
– Przesadzasz, Louis. Tak wiele niedostatków szkodzi twojemu biednemu zdrowiu. Co możesz zrobić, zostając kapłanem, jeśli teraz wyczerpiesz swoje siły?
"Nigdy nie zostanę wyświęcony na kapłana", odpowiada Louis poważnie.
"Co masz na myśli?" Czy wątpiłbyś w swoje powołanie?
"Nie, ale nie wierzę, że dobry Bóg pozwala mi dotrzeć do tego dnia.
— Jak to? Jak myśleć o śmierci w tak piękny wiosenny poranek?
— To nie ma znaczenia. Mam przeczucie zbliżającej się śmierci. Ale musicie mi obiecać jedno: modlić się za mnie każdego dnia, kiedy dobry Bóg mi o Nim przypomniał.
"Chętnie ci obiecuję; ale jeśli to Ty mnie przeżyjesz, oddasz mi tę samą przysługę. Daj spokój, teraz zmieńmy rozmowę!
Kiedy myśli o Ludwiku, ojciec Bosko rozpoznaje siebie dalekiego od doskonałości. Jakże wielki postęp pozostaje do zrobienia! Widzi to szczególnie podczas wakacji.
Zaproszony przez właściciela Turco, seminarzysta idzie na polowanie i wydaje okrzyk zwycięstwa, gdy włącza grę i strzela do swojego pierwszego zająca. Ale nagle widzi spokojne spojrzenie Louisa utkwione w nim. Co powiedziałby jego przyjaciel, gdyby zobaczył go w ten sposób, bez sutann, w słomkowym kapeluszu i z podwiniętymi rękawami? "Czy to jest odpowiednie dla przyszłego księdza?"
Jean nie będzie już polować.
Innym razem uczestniczył w złotym ślubie swojego wuja Mateusza, który osiągnął wiek patriarchalny stu dwóch lat. Kiedy bankiet dobiegł końca, został poproszony o grę na skrzypcach. John przeprasza: nie ma swojego instrumentu. Nic nie szkodzi! Jeden został znaleziony w pobliskim domu, a seminarzysta, po kilku próbach i błędach, zaatakował guillerets.
Ożywa, rozgrzewa; skrzypce dają się ponieść emocjom i ekscytacji. Powstają pary. Zaczyna się taniec.
"Holà! Idealny płacze stary wujek. Ja też chciałbym zaryzykować trochę rigodonu! »
Chłopcy i dziewczęta wirują i wirują. Nagle szaleńczy łuk ustaje. Jan składa swój instrument.
"No i co?" Nie grasz już?
— Myślę, że to wystarczy na dziś. »
Jean właśnie zobaczył, jak jego przyjaciel znów patrzy z dezaprobatą: "John, czy chcesz zostać księdzem i sprawić, by młodzież tańczyła jak skrzypek?"
Wracając do domu, Jean bierze skrzypce, wspomnienie swojego byłego szefa Roberta krawca, i miażdży je pod piętami. Zostanie powiedziane, że gest szaleństwa, ale Jean Bosco nie jest za półśrodkami.
To wciąż jego natura zwyciężała. Z takim temperamentem mamy wiele wspólnego.
Podczas wakacji 1838 roku Jean odwiedzał Louisa w wiosce Cinzano. Dwaj przyjaciele spacerują po zboczach słynnego kraju winnic.
"W tym roku nie warto zbierać plonów", mówi ze smutkiem Jean. Filoksera zniszczyła prawie wszystko. Biedni chłopi! Za nic się posuną.
"To jest ręka Boga! Louis odpowiada. Bierze i daje, jak uzna za stosowne.
"Tak też mówi moja mama. Mam nadzieję, że zbiory będą lepsze w przyszłym roku i dadzą nam dobre wino.
— Tu en boiras.
"Ty też! Czy nadal chciałbyś pić tylko wodę?
"Planuję skosztować znacznie lepszego wina.
"Co masz na myśli?"
"Nie pytaj mnie. Bóg jeden wie, co się stanie.
John zatrzymuje się:
"Czy to może być jeszcze przeczucie twojej śmierci?"
– Ach, John – wzdycha Louis. Od pewnego czasu odczuwam takie pragnienie niebiańskich dóbr, że wydaje mi się niemożliwe, aby żyć długo.
Jan chciałby coś powiedzieć, ale milczy pod okiem przyjaciela, promieniując światłem, które nie wydaje się z tego świata.
Po Dniu Wszystkich Świętych dwaj przyjaciele spotykają się w seminarium. Ludwik jest jeszcze bardziej powściągliwy, bardziej wycofany niż wcześniej, choć wyraźnie wypełniony wielką wewnętrzną radością. Podobnie jak w poprzednich kwartałach, jest sumienny we wszystkim; zawsze aplikował do badania, chętnie bierze udział w kłótniach. Na stole roboczym post podsumowuje cały jego program życiowy: "Osiąga wiele ten, kto robi mało, ale który robi to, co musi zrobić. Nie osiąga niczego, kto robi dużo, ale zaniedbuje to, co musi zrobić. »
Podczas Wielkiego Postu w 1839 roku seminarzyści mieli coroczne rekolekcje, głoszone przez pobożnych i uczonych Don Borela.
Ojciec Bosko idzie z nim porozmawiać. ją, co musi zrobić, aby utrzymać łaskę wyborów. "To dzięki wewnętrznemu skupieniu i częstej komunii – odpowiada don Borel – dochodzi się do doskonałości i naprawdę przygotowuje się do kapłaństwa".
Ale żaden z seminarzystów nie cieszył się tymi świętymi dniami lepiej niż Luis Comollo; ostatni, czuje, w swoim życiu.
Rankiem 25 marca, w święto Zwiastowania, Ludwik spotkał swojego przyjaciela w drodze do kaplicy. Nadal jest to "wielka cisza", a Jean jest tym bardziej zaskoczony, gdy słyszy, jak szepcze:
"Nie czuję się dobrze.
"Co masz?"
Louis jest strasznie blady, a jego duże, miękkie oczy są poważniejsze niż kiedykolwiek.
"Boję się wkrótce stanąć przed sądem Bożym.
Jakże ponure myśli na dzień pięknego święta Zwiastowania! Anioł rzekł do ciebie: także do was: "Nie bójcie się; znalazłeś łaskę przed Bogiem. »
Janowi trudno jest zebrać się na modlitwę. W każdej chwili patrzy na swojego przyjaciela, nieruchomo na kolanach, z głową w rękach. Krótko przed wzniesieniem Louis zemdlał.
"Co masz?" John ponownie, kiedy Louis, na zewnątrz, ponownie otwiera oczy.
"Ach! To nic! Tylko niewielka chwilowa słabość. Już czuję się lepiej. Wróćmy do kaplicy; Chciałbym przyjąć Komunię. »
Louis ciągnął się przez kolejne dwa dni; następnie musi zostać umieszczony w ambulatorium. Jest Wielka Środa. Gorączka nadal rośnie. Jan obserwuje go każdej nocy; odświeża jej płonące skronie, daje jej napój i modli się z całego serca o jej uzdrowienie.
W poranek wielkanocny pacjent otrzymuje ekstremalne namaszczenie. Po Komunii Świętej cudowna radość rozświetla jego blade oblicze.
– John – mówi słabym głosem – rozdzielimy się na chwilę. Bóg chce tego w ten sposób. Zawsze mi pomagałeś. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście. Niech Bóg wam ją odda! Pamiętajcie, że obiecaliście modlić się za mnie tak długo, jak żyjecie.
"Obiecuję ci.
"To dobrze!
O świcie 2 kwietnia Louis po cichu wyjeżdża na wieczność, w wieku dwudziestu jeden lat.
Jean jest strasznie zdenerwowana. Po wielu nieprzespanych nocach prawie nie znajduje snu: zawsze rozmawia w duchu z nieobecnymi.
W noc po pogrzebie Louisa Jean budzi się nagle przerażona. Wydaje się, że słyszy dziwne wrzawy. Jak szalejący huragan, jak odległy grzmot, jak rycząca burza.
Nie, to nie jest sen. Inni seminarzyści również wstają na łóżkach, słuchając, przerażeni, niewytłumaczalnego zgiełku. "To burza z piorunami" - powiedział jeden z nich. "Trzęsienie ziemi" - powiedział inny.
Następnie drzwi akademika otwierają się z hukiem; strumień intensywnego światła oświetla ostatni kąt pokoju, jednocześnie wydając głos, zarówno głęboki, jak i radosny, dziwny i doskonale rozpoznawalny, głosu zmarłych: "Janie, jestem zbawiony!"
Ostatni huk niezwykłych grzmotów; hałas oddala się; światło gaśnie. Ciemność i cisza nocy.
Koledzy z klasy Bosco tłoczą się wokół jego łóżka i pytają go, wciąż drżąc: "Co to było, John?"
Przez chwilę, nie mogąc mówić, Jean wyjaśnia, dysząc: "Louis i ja zdecydowaliśmy, że ktokolwiek umrze pierwszy, wyśle drugiemu wiadomość o wieczności".
W następnych dniach Jan, pomimo swojej solidnej konstytucji, zachorował. Między życiem a śmiercią pozostało kilka tygodni. Lekarz rozpacza; przełożony daje mu ekstremalne namaszczenie.
Tego samego dnia Matka Małgorzata niespodziewanie przybywa do seminarium.
"Czy to ty, mamo?" szepcze chory. Przychodzisz do mnie? Wiedziałeś, że...
"Nie, moje dziecko, nie wiedziałem nic o twojej chorobie. Chciałem tylko przynieść wam kilka rzeczy, chleb jaglany i butelkę wina z domu. Niestety, nie będziesz w stanie zjeść tego chleba: jest dla ciebie zbyt ciężki.
Czy sam go ugotowałeś?
"Oczywiście, moje dziecko.
"Więc zostaw to mnie. Jeśli cokolwiek może mnie zniechęcić, to z pewnością jest to chleb i wino z domu.
Po odejściu matki Jean swojego przyjaciela Garigliano, który go leczy:
"Daj mi kromkę chleba.
"Nie będziesz w stanie tego znieść.
"Chleb z domu! Zrobiła to mama; Jak mógł mnie skrzywdzić?
Ku zaskoczeniu Williama, Jan zjada kromkę chleba, prosi o drugą, potem trzecią, połyka na niej kieliszek wina, pożera czwartą kromkę chleba, a nawet piątą, aż w końcu pada wyczerpany na łóżko.
Budzi się dopiero po czterdziestu ośmiu godzinach. Gorączka zniknęła. Jean patrzy na przyjaciół wokół siebie swoimi czystymi oczami: "Czuję się bardzo dobrze. Chleb i wino mamy przywróciły mi zdrowie. Wyjście! Wstaję. »
Jan jest osłabiony przez długi czas; ale krok po kroku siły wracają do niego: odzyskuje cały swój wigor.

(Ksiądz Bosko, Apostoł Młodzieży, G. Hünermann)

La sainte amitié qui amena Jean Bosco séminariste, à la perfection chrétienne