Clicks72
frondziak

Paweł Lisicki: Przeciw wyznawcom wieloryba

Niewierzący teologowie, katolicy negujący jedyność swej religii, intelektualiści, którzy widzą w suwerenności Boga zagrożenie dla wolności ludzkiej jednostki - oto co stanowi źródło kryzysu Tradycji. Nie tylko ateiści i ludzie wątpiący podważają więc ową tradycję. Nie ci, którzy nie mogą uwierzyć, nie ci, którzy w pokorze poszukują i nawet nie ci, którzy zwalczają religię. Tylko właśnie ci, którzy utracili wiarę w Boga, ale nadal chcą pomagać człowiekowi, jakby Najwyższego nie było, którzy nie odrzucają zupełnie religii, bo to w ostateczności odbiera ludziom szczęście, ale dostosowują ją do owego szczęścia, czyli czasowych potrzeb. Wielki Inkwizytor nie jest zły: on kocha ludzkość.

Nigdy chyba tak wiele osób nie mówiło o potrzebie zmian tradycyjnego języka teologii i religii. Żyjemy w epoce wielkich przemian, w wyniku których społeczeństwa zachodnie stały się społeczeństwami wielokulturowymi. Nie ma już jednej, dominującej religii, katolicy żyją wśród muzułmanów, buddystów, ateistów. Zmienił się obraz świata, który dawniej mógł dawać złudzenie jednolitości. Teraz nie może być o niej mowy. Ponadto dotychczasowe nauczanie kościelne, jak twierdzą zwolennicy zmian, nie uwzględnia w wystarczającym stopniu przemian w mentalności człowieka Zachodu, takich jak: przywiązanie do własnej wolności, poczucie autonomii i godności oraz przekonanie, że to nie autorytet, nie zewnętrzna instancja, lecz prywatne sumienie orzeka w sprawach moralności i wiary. Dla współczesnego człowieka stare prawdy przestały być oczywiste. Dlaczego ma być posłuszny autorytetowi Kościoła, a nie swojemu sumieniu? Dlaczego ma ulegać nakazom krępującym wolność wyboru, skoro nie są one wcale proste i nie jest pewne, czy ich przestrzeganie będzie dla niego korzystne? Człowiek współczesny wierzy w niezbywalną godność i równość wszystkich jednostek. Jak to pogodzić z wiarą w nieomylność Kościoła, w którym demokracja odgrywa ograniczoną tylko rolę?

Bóg jako adwokat, nie jako sędzia

Wszystko to razem - twierdzą zwolennicy zmian - musi prowadzić do porzucenia dotychczasowego języka. Mianowicie Bóg nie powinien być już sędzią, lecz tylko adwokatem człowieka; Boska wszechmoc powinna być pojmowana wyłącznie jako Boska miłość; autorytet Kościoła może służyć, co najwyżej, za wskazówkę, a głos Tradycji jest tylko elementem, który jednostka może brać pod uwagę wydając sądy. Należy odejść od podstawowego przekonania, które było źródłem częstych konfliktów w historii i przyczyniło się do wszystkich klęsk, jakich przez Kościół doznała idea człowieczeństwa: trzeba porzucić przekonanie, że prawda głoszona przez Kościół jest prawdą wyłączną i najwyższą, że chrześcijaństwo głosi lepsze objawienie niż np. islam albo hinduizm. Wartość chrześcijaństwa będzie polegała przede wszystkim na tym, że umożliwi ono współczesnemu człowiekowi zetknięcie się z transcendencją. Kościół może ofiarować tylko jedną z dróg osiągnięcia doskonałości - ani lepszą, ani gorszą niż każde inne wyznanie. Nikt nie zmusza nas przecież, byśmy powiedzieli, czy bardziej prawdziwe są abstrakcje Kandinsky'ego czy Mondriana - w każdym razie chodzi tylko o przeżycia estetyczne. Podobnie powinien nauczyć się myśleć Kościół: żadnych bezwzględnych, historycznych prawd.

Oto na czym polega kłopot współczesnego chrześcijaństwa. Jego największym zagrożeniem nie są, paradoksalnie, wrogowie, ale przyjaciele. Wrogów miało ono i mieć będzie zawsze. To naturalne. Prawda o suwerennym Bogu, który z dobroci stworzył świat i postanowił odkupić nasz grzech, który pokazał nam, na czym polega jedno prawdziwe szczęście wbrew wszelkim jego imitacjom, musi budzić sprzeciw wielu, dla których dobry Bóg jest nie do pogodzenia z namacalnym złem świata. Dla innych Jego suwerenność nie może iść w parze z wolnością i godnością człowieka. Jeszcze inni nie mogą pojąć, jak Bóg mimo że chciał zbawić wszystkich, to objawił się w historii, przez co wieść o zbawieniu siłą rzeczy musiała być ograniczona do wybranych. Chrześcijaństwo głosi nie tylko wiarę, ale narzuca też pewien sposób życia - dla wielu coraz trudniejszy. Wskazuje drogę, o której twierdzi, że jest najlepsza, choć bardzo wielu uważa przecież, że donikąd ona nie prowadzi. Poza tym sami chrześcijanie nie zawsze dają dobry przykład postępowania. Tak więc walka z chrześcijaństwem albo odrzucanie go, nie jest niczym dziwnym. I z punktu widzenia Kościoła jest wręcz pożyteczna. Musi on bowiem stale uzasadniać głoszoną prawdę, musi zdobywać się na jej lepsze rozumienie, musi walczyć z błędami, które mu się wytyka. Jest to jednak słuszne tylko tak długo, jak długo ci, którzy odrzucają chrześcijańskie prawdy, pozostają poza Kościołem, jak długo zachowana jest elementarna jasność wśród wyznawców i w samym Kościele.

Zagrożenie ze strony przyjaciół, a nie wrogów

Niewiara nie jest niczym dobrym, zapewne. Ale niewierzący przynajmniej zna przyczynę swojej niewiary, a Kościół może wykazać, w którym miejscu jego posłanie nie jest zrozumiane, a w którym staje na drodze uroszczeń człowieka. Chrystus nie przyniósł swego posłania tym, którzy Go znali, ale tym, którzy nigdy o Nim nie słyszeli. Dlatego sporo prawdę między chrześcijaństwem a pozostałymi religiami czy ateizmem jest czymś najzupełniej naturalnym. Ważne jest, aby spór ten nie przemieniał się w wojnę. Kościół głosi prawdę, ale jednocześnie miłość i dlatego przeciwnik czy też niewierzący, nie powinien być dla niego wrogiem.

Otóż ten stary podział na wyznawców prawd chrześcijańskich, oraz tych, którzy pozostając poza Kościołem zwalczają je, zanika. Chrześcijaństwo nie ma już po prostu wrogów, którzy chcieliby je zniszczyć - ono ma tylko przyjaciół. Zarówno tych, którzy pozostają poza Kościołem, jak i tych, którzy go tworzą, ale domagają się zmian, "unowocześnienia".

Przyjaciele to jednak bardzo osobliwi. Chrześcijaństwo dla nich jest przede wszystkim siłą kulturową, czcigodną tradycją, którą w epoce tak niepewnej jak nasza należy pielęgnować. Kościół jest ważny, podobnie jak ważna jest przechowalnia bagażu, w której znajdują się drogocenne przedmioty. Chrześcijaństwo tak pojmowane to też przechowalnia bagażu: idei i ludzkich dokonań. Można w niej ukryć wszystkie wielkie dzieła ludzkiego ducha, nawet jeśli z religią nie miały nic wspólnego. Ba, nawet jeśli powstały przeciw religii. Według tej koncepcji chrześcijaństwo mieści zatem wszystkie, gdziekolwiek i jakkolwiek zostały dokonane, wytwory ducha ludzkiego - byle tylko miały w sobie niejasny ślad dobroci. Taki ślad musimy znaleźć we wszystkim, bo taka jest podstawowa zasada wiary: wszystko, co Bóg stworzył jest dobre (nawet szatan, o ile jest bytem). Możliwość przechwytywania różnych elementów i dostosowywania się do nowych czasów była zawsze największą siłą chrześcijaństwa. Z każdej kultury i cywilizacji mogło czerpać te prawdy, które służyły chwale Boga. Właśnie: służyły! Dlatego między posłaniem chrześcijaństwa a dokonaniami ludzkiego ducha musi istnieć równowaga. Chrześcijaństwo nie może odrzucać wszystkiego, co nie wyrasta z niego, ale musi to podporządkować swemu głównemu celowi (z epoki antycznej przejęło choćby myśl filozoficzną). Gotowość przyjęcia tak wielu obcych elementów oznacza zdolność wyboru tylko pewnych sposobów myślenia i postaw.

Czy właśnie w tym pozornym "przyjmowaniu wszystkiego, co dobre", nie tkwi najgorsza możliwa uzurpacja? Czy nie lepiej, by Bóg rozsądził, gdzie jest dobro, gdzie są jego ślady, a gdzie tylko imitacja? Przyjaciele mówią: chrześcijaństwo jest godne zachowania, bo służy człowiekowi. Jeśli tylko będzie spełniało tę rolę, należy mu się uznanie. Oto dlaczego są jego przyjaciółmi. Nie są przeciw niemu, ale lepiej niż kościelne autorytety i Tradycja wiedzą, co jest zadaniem religii - pomoc człowiekowi.

To właśnie jest uzurpacja: bo najważniejszym zadaniem chrześcijaństwa jest głoszenie zbawienia - ale zbawienia tylko w jeden sposób: przez Jezusa Chrystusa. Bo tylko głoszenie tego Boga i przyjęcie wiary w Niego stanowi prawdziwą pomoc człowiekowi. Nie jest to wiara ślepa, dowolna czy arbitralna, lecz wiara określona, która domaga się przestrzegania pewnych nakazów i reguł postępowania. Jej dobro może być jedynym kryterium przyjmowania lub odrzucania wielkich dzieł ducha.

Gdyby chrześcijanie pierwszych wieków bardziej troszczyli się o wielkie dzieła ducha i cywilizacji, stworzyliby tylko jedną z wielu religii Cesarstwa. Oni nie tylko przyjmowali - Platona, Plotyna, Arystotelesa, stoików i wszystko to, co nazywano mądrością pogańską- ale też odrzucali. I przejmowali przekształcając i podporządkowując sobie, jako instrument i narzędzie. Czy nie oznacza to jednak zubożenia kultury?

Jeśli uznamy, że tylko jedna religia jest prawdziwa, czy nie krępuje ona naszego ducha? Z pewnością, gdyby chrześcijaństwo nie zwyciężyło nad kulturą antyczną, mielibyśmy nie Grzegorza z Nyssy, nie Augustyna i nie Ambrożego, lecz więcej MarkówAureliuszów, Plotynów, Wergiliuszów i Horacych. Tylko, że zarzut ten wynika z niezrozumienia, że kultura stanowi tylko tło chrześcijaństwa. To nie dzieła kultury zbawiają człowieka, lecz wiara.

Rozmycie, które grozi wierze, wynika - paradoksalnie - właśnie z jej sukcesu, z tego, że stała się ona częścią kultury, fragmentem cywilizacji, bez którego nie można sobie wyobrazić Zachodu. Nawet gdyby nie było nieodłącznym elementem tej kultury, to i tak pozostałoby prawdziwe. To właśnie mówi Szestow: „Najważniejsze to nauczyć się myśleć, że gdyby wszyscy ludzie, co do jednego byli przekonani, iż Bóg nie istnieje - nic by to nie znaczyło". Prawda, którą odziedziczyliśmy, domaga się bowiem - na przekór wszelkim wołaniom o "otwarcie" - wyłączności.

Suwerenność, nie dowolność

"Potężna religia rozwija się i wkracza w całe życie, przenika każde poruszenie ducha, nadaje barwę każdemu elementowi kultury. Jednakże z czasem życie to reaguje ponownie na religię; nawet jej najistotniejsza treść może zostać przez te wyobrażenia i obrazy, które niegdyś wywołała, zduszona. Uświęcenie wszystkich stosunków życiowych ma swą odwrotną stronę". (Jakob Burckhardt, Weltgeschichtlichen Betrachtungen).

Ludzkie życie jest miejscem zmagania się różnych porządków: tego, co nieskończone i absolutne z tym, co skończone i czasowe. To, co nieskończone, by dać się poznać, musi przyjmować kształty, przenikać do języka, do wyobraźni, stać się obiektem komunikowania, inaczej straci znaczenie. Żadna boskość nie przychodzi do nas bezpośrednio, a jedynie za pośrednictwem, nie stajemy wprost przed Najwyższym, ale przez pojęcia, uczucia, zmysły, serce, rozum. Dlatego, chociaż mamy do czynienia z jedną prawdą i jednym Bogiem, to w czasie za każdym razem możemy odkrywać inną Jego stronę, inny sposób Jego wyrażenia. To, co dla jednych było miejscem spotkania z Bogiem, dla innych będzie pobojowiskiem; to, co jedni podziwiali, inni wzgardliwie odrzucali. Bóg chrześcijański żyje w historii, a to znaczy, że nie może być zamykany raz na zawsze w tych samych formułach i znakach. Oto wieczna siła rozsadzająca ludzkie granice, ludzką pasję pętania i ograniczania.

Wciąż szukamy zatem po omacku, szukamy słów, pojęć, obrazów, wybieramy jedne i przejmujemy drugie. Można wręcz powiedzieć: religia żyje tak długo, jak długo posiada suwerenną moc zmieniania, jak nie jest zapisem raz na zawsze danych obrzędów, ale przez każde pokolenie może być odkrywana na nowo. Tylko, że nie może to oznaczać zgody na dowolność. Bo nie mniej prawdziwe są inne słowa: religia żyje tylko tak długo, jak długo zachowuje suwerenną moc wybierania i przyjmowania z tego, co jej daje kultura i epoka, w której żyje. Jak długo odwołuje się do wiecznej i niezmiennej miary, do otrzymanego w objawieniu wzorca, na który żadne ludzkie zmiany wpływu nie mają. Jak długo nie lęka się oceniać tego, co człowiek nazywa wielkim dziełem kultury. Jak długo postrzega historię nie jako postęp, ale niezdarne, za każdym razem, próby zbliżenia się do Najwyższego. Jeśli chrześcijaństwo o tym zapomni, jeśli utraci miarę, a więc przekazany przez tradycję autorytet, wówczas nie tyle zbliży się do Nieskończonego, co rozpłynie się w nieokreśloności.

Zwolennicy unowocześnienia religii mówiąo potrzebach człowieka, o tym, że teologia i jej język powinny dostosować się do nowych oczekiwań, odpowiadać nowym wyzwaniom i tęsknocie człowieka współczesnego. Ten cały sposób uzasadniania - obecny w gazetach i publicznych dyskusjach - to powszechna argumentacja wśród liberalnych intelektualistów: ludzie oczekują czegoś innego, więc im to dajmy. Ale chrześcijaństwo nie jest instytucją charytatywną, stowarzyszeniem psychoterapeutów czy klubem ludzi dobrej woli. Chrześcijanie przede wszystkim mają być wierni Objawieniu. Mają być wierni Bogu, który objawił się w historii. Chrześcijaństwo przynosi dobrą nowinę, ale tylko tym, którzy uwierzą. Jest skierowane do wszystkich, ale nie w tym sensie, by wszystkich usprawiedliwiać. W przeciwnym razie staje się jedynie niższą formą wiedzy, rodzajem bajki dla dorosłych, którzy potrzebują pocieszenia.

Pocieszenie, które daje chrześcijaństwo, jest twarde. Wymaga walki, rozbicia, konfliktu. Nie dlatego, aby konflikt czy walka były same w sobie coś warte, ale że są koniecznym etapem na drodze do spoczynku. Chrześcijaństwo, które głosi, iż Bóg jest tylko po to, by pocieszać ludzi, jest zdradą Objawienia.

Nie ma znaczenia, w co wierzymy?

Podczas jednego z wielu programów telewizyjnych w Austrii z udziałem teologów pada pytanie: jaki jest dzisiaj sens wiary? Odpowiedź: człowiek potrzebuje dziś Boga blisko siebie jako Kogoś, kto pomoże mu w trudach życia i kłopotach. Pytanie: ale czy to możliwe? Odpowiedź: oczywiście, wystarczy tylko zrezygnować z naszej dziecinnej wizji Boga, który karze. Bóg jest po to, aby nam pomagać, abyśmy zostali zaakceptowani.

Ktoś inny pyta, jak Kościół może głosić restrykcyjną etykę seksualną, dlaczego nie chce uznać, że największą wartością seksu jest przyjemność partnerów? Uważany za najwybitniejszego teologa w Austrii, uczeń słynnego jezuity Karla Rahnera odpowiada, że to wywodzi się ze źle rozumianej tradycji, z podziału na duszę i ciało, ale w Biblii nie ma to uzasadnienia.

Inny teolog, uważany za nie mniej wybitnego, ostro skrytykował papieża. Pytanie: "I nie bał się pan?" Odpowiedź: "Nie, trzeba zawsze mówić prawdę". Pytanie: "Co panu grozi?" Odpowiedź: "Właściwie nic. To znaczy jeden z biskupów zakazał mi występu z wykładami w swojej diecezji." Dziennikarka: "Ach, to te wykłady, których fragmenty pokazała telewizja." Teolog: "No właśnie, po zakazie biskupa zjawiło się wielu słuchaczy."

Kolejny wywiad, tym razem z jednym z dziekanów teologii. Pytanie: "Czy Kościół nie powinien przestać głosić, że jest nieomylny i posiada prawdę?" Odpowiedź: "To wynika z błędnego przekonania niektórych biskupów. Chrystus umarł za wszystkich, także niewierzących i wierzących inaczej. Dlatego nie ma znaczenia, w co wierzymy."

To wszystko były wypowiedzi publiczne. Co więcej, tylko takie wypowiedzi są naprawdę publiczne, bo tylko takie są w Austrii rozpowszechniane. Co się stało? Jak to możliwe, że osoby, których zadaniem ma być przekazywanie wiary, występują najbardziej zdecydowanie przeciw niej. Otóż nie mogą one pogodzić się z myślą, że ich Kościół traci na znaczeniu, że przegrywa w walce o popularność z partią polityczną, instytucją charytatywną, gwiazdą muzyki pop albo jakimś myślicielem. Wtedy przychodzi prosta myśl: dlaczego mamy być gorsi? Dlaczego nie mamy głosić tego, co ludzie chcą usłyszeć?

Paradoksalnie: im Kościół jest w danym kraju słabszy, tym skłonność do rezygnacji z tradycyjnej nauki większa. Im mniejszą rolę odgrywa, im mniej osób go słucha, tym większy jest nacisk opinii publicznej, aby zaakceptował nowe formy życia, aby ich nie oceniał i nie odrzucał.

Ktoś jednak powie: przecież tu chodzi tylko o drobne zmiany. Zwolennicy reform domagają się odrzucenia nie dogmatów, a jedynie pewnych form życia kościelnego, niektórych obyczajów. Dlaczego nie zrezygnować z nakazu celibatu? Dlaczego nie wyświęcać kobiet na kapłanów? Co przeszkadza w zaakceptowaniu rozwodów?

Problem polega na czymś innym, a mianowicie na tym, że zwolennicy reform nie dlatego chcą zachować dogmaty, że je szanują, ale dlatego że nie mają one dla nich żadnego znaczenia. Atakują oni te praktyki i te obyczaje, które do czegoś zobowiązują, które ograniczają, które wyrażają wiarę tradycji, że panowanie nad sobą jest lepsze od zmysłowości, że nie ludzka przyjemność i dobre samopoczucie są miarą dobra, ale przekazane przez świadków i interpretowane przez ich następców słowa objawionego Boga. Zwolennicy reform mówią: jeśli Kościół nie dostosuje się do ludzkich wyobrażeń, to nie przetrwa. Co to jednak znaczy? Czy ma sens przetrwanie Kościoła, który nie będzie głosił wyższości ducha nad ciałem, Kościoła, który nie będzie odwoływał się do suwerennego Boga, Pana i Wszechmogącego Stwórcy?

Zwolennicy reform domagają się drobnych - we własnym mniemaniu - zmian, naprawdę jednak chcą odwrócić miarę: to nie przekazane przez pokolenia słowa Boga mają określać, co jest szczęściem, ale sam człowiek, jego ziemskie i doczesne potrzeby. Dlatego atakują te praktyki i przekonania, które są najtrudniejsze dla jednostki ufającej, że sama jest źródłem orzekania o tym, co dobre a co złe. Dlatego cała argumentacja na rzecz zmian posługuje się jednym tylko kryterium: potrzeby i słabości człowieka. Skoro trudno jest przestrzegać danego zakazu, to trzeba go zmienić. Aby tylko nikogo nie odepchnąć, nikomu nie sprawić przykrości, od nikogo nie wymagać zbyt wiele.

To nie szacunek dla człowieka jest jednak źródłem gotowości do ustępstw. To nie miłość do niego przeszkadza w stawianiu mu wymagań i przypominaniu o konieczności walki z sobą samym, wymaganiu, jakie przekazała tradycja.

"Czy po śmierci będziemy żyli wiecznie jako nieśmiertelne dusze, czy też zmartwychwstaniemy dopiero na końcu dziejów świata, kiedy nastąpi Sąd Ostateczny, i wtedy będziemy wieczni, kogo jeszcze interesują takie pytania w sytuacji, w której życie po śmierci w ogóle niemal nie znajduje wyznawców? (...) Wprawdzie niekiedy pojawiają się jeszcze epigoni teologii, którzy chcą pomóc wierze w życie wieczne, ale oni już nie przekonują, nawet swoich własnych kolegów po fachu" (Wilhelm Kamlah, Meditatio Mortis).

Utrata wiary w wieczność, przekonanie, że Bóg rzeczywiście umarł, są głównymi powodami, dla których tyle mówi się o unowocześnieniu religii. Ten, kto nie żyje, nie może niczego żądać. Dlaczego ten, kto umarł ma budzić niepotrzebne konflikty? Dlaczego ma zobowiązywać, ograniczać, osądzać? Jego obecność dla wielu osób, które wciąż jeszcze uważają się za chrześcijan, stała się na tyle wątpliwa, że sama uczciwość domaga się od nich rezygnacji z odziedziczonego balastu. Jak ci, którzy nie wierzą w wieczność, mogą od innych takiej wiary wymagać?

Jednakże - i to jest zarzut wobec tej uczciwości - zwątpienie w wieczność nie jest powszechne. Z tego, że wiele osób wątpi a liczba wątpiących wciąż wzrasta, nie wynika, że wieczności nie ma. Nie wynika, że nieprzekonani mają prawo zmieniać odziedziczoną prawdę i dostosowywać ją do swej słabości. Nie ma żadnej konieczności w niewierze ani wątpieniu. Cóż to jest takiego - "człowiek współczesny"?

To ktoś, kto żyje po przewrocie Kopernikańskim, kto staje wobec "nieskończonych, pustych przestrzeni", kto od Nietzschego usłyszał, że "Bóg umarł" i kto wierzy w swą autonomiczną, od niego samego pochodzącą godność. Kto nie może wierzyć jak jego poprzednicy, bo chrześcijaństwo jest już dla niego tylko jedną z religii, wiara w wieczność nie zasługuje na uznanie, a jedynym sposobem objawiania się bytu jest dla niego dotarcie do strachu przed nicością (Heidegger). Dlaczego jednak ma te opinie uznać za prawdziwe? Dlaczego czas ma być panem Prawdy, dlaczego zwątpienie niektórych w istnienie wiecznego Boga i ich przekonanie, że dawny sposób objawiania się nie wystarczy, mają zostać przyjęte? Jak od mnogości takich sądów mogę przejść do twierdzenia, że wiara musi ulec zmianie? Czy nie jest to przeciw sprawiedliwości, przeciw żądaniu, aby dochować wierności nawet w sytuacji, w której jest to trudne?

Zwątpienie nie uzasadnia zmian

Bo przecież ani mój strach, ani zwątpienie, ani słabość nie mogą mnie usprawiedliwić. Żyję dokładnie tak, jak moi przodkowie, ani od nich lepszy, ani mądrzejszy, podobnie jak oni wydany na pokusę żądzy i tchórzostwa. To, że jestem "współczesny", że znam Nietzschego, Freuda i innych, w niczym nie zmienia faktu, że staję wobec wezwania chrześcijaństwa.

"Jeśli nawet ludzkość wskutek zdobytego w okresie Renesansu nowego oglądu wszechświata widzi w kuli ziemskiej atom zagubiony między niezliczonymi światami w nieskończonej przestrzeni, to i tak teologia nie potrzebuje żadnych zmian w opisie stworzenia, tak samo jak nie musi się troszczyć o zbawienie mieszkańców Marsa" (Władimir Łosskij, Teologia mistyczna Kościoła Wschodniego).
Kto z nas ma odwagę tak mówić? Czy słowa te nie wyrażają prostej, ale niewymownie trudnej dla nas prawdy, że historia nie jest usprawiedliwieniem? Ani to, ile osób wierzy, ani to, z jakimi opiniami zdążyliśmy się w swoim życiu zapoznać, ani to, jakie sądy są poważne, ani przez kogo uważane za wiarygodne. Nic z tego nie narusza wiary, że Bóg zechciał objawić się w historii i że domaga się od nas, abyśmy ją przyjęli. Moje zwątpienie nie może być uzasadnieniem dla roszczenia zmian.

Nikt chyba trafniej nie dostrzegł zagrożenia, przed którym staje chrześcijaństwo, niż Dostojewski w swojej opowieści o Wielkim Inkwizytorze. Bo Wielki Inkwizytor nie ma wiary w Chrystusa, a mimo to wierzy w dobro człowieka. Wielki Inkwizytor jest obrazem tych wszystkich teologów i intelektualistów, którzy chcą zachować religię nie dla niej samej i nie dlatego, że objawił się w niej Bóg, ale ponieważ pomaga ona pogrążonemu w rozpaczy śmiertelnikowi. Utrata wiary jest u nich wprost proporcjonalna do miłości dla ziemskiego człowieka. Im mniej wierzą w odziedziczone prawdy, tym łatwiej przychodzi im rezygnować z ograniczeń Tradycji na rzecz służenia ludzkości. Na tym polega główny kryzys religii: nie na starym języku i starej obrzędowości, ale na utracie wiary. Dlatego ideał chrześcijański coraz częściej pojmowany jest po ludzku. Dobry chrześcijanin ma być przede wszystkim sługą skazanego na nicość i odejście bliźniego. Tym tropem poszedł za Dostojewskim Miguel de Unamuno w swoim opowiadaniu „San Manuel Bueno, męczennik".

Don Manuel jest wiernym przykładem wielu współczesnych, liberalnych, zachodnich teologów i księży: jest dobrym kaznodzieją, tolerancyjnym dla ludzkich słabości, a zarazem zaangażowanym w pomoc społeczną. Ale jednocześnie jest ateistą. Jeśli podtrzymuje w swej wspólnocie wiarę, to tylko dlatego, iż uważa, że z nią jest łatwiej żyć. "Jestem tutaj, aby uczynić żywymi dusze moich owieczek, aby dać im szczęście, aby mogli śnić sen o nieśmiertelności, a nie po to, by zabić ich dusze. Wszyscy muszą tu żyć zdrowi, i być jednej myśli; ale z prawdą, z moją prawdą, nie dadzą rady żyć. A mają żyć! I to czyni Kościół: budzi ich do życia." - tak Don Manuel tłumaczy własną postawę swemu przyjacielowi, oświeconemu agnostykowi.

Jeśli jednak wiara jest po to, aby było z nią łatwiej żyć, nie ma powodu utrzymywać jej najtrudniejszych nakazów. Jeśli wierzy się tylko dlatego, że tego potrzebuje śmiertelny, to odrzuceniu musi ulec to wszystko, co nakazuje mu przekroczenie ziemskości. Niewierzący teologowie, katolicy negujący jedyność swej religii, intelektualiści, którzy widzą w suwerenności Boga zagrożenie dla wolności ludzkiej jednostki - oto co stanowi źródło kryzysu Tradycji. Nie tylko ateiści i ludzie wątpiący podważają więc ową tradycję. Nie ci, którzy nie mogą uwierzyć, nie ci, którzy w pokorze poszukują i nawet nie ci, którzy zwalczają religię. Tylko właśnie ci, którzy utracili wiarę w Boga, ale nadal chcą pomagać człowiekowi, jakby Najwyższego nie było, którzy nie odrzucają zupełnie religii, bo to w ostateczności odbiera ludziom szczęście, ale dostosowują ją do owego szczęścia, czyli do czasowych potrzeb. Wielki Inkwizytor nie jest zły: on kocha ludzkość. On poświęca jedno życie, aby zbawić pozostałych. Don Manuel kocha swoje owieczki i dlatego, sam będąc ateistą, głosi im Ewangelię. Na tym polega "humanistyczne męczeństwo". Można byłoby je nawet uznać i pochwalić, gdyby Boga faktycznie nie było. Ale właśnie dlatego, że Bóg jest, takie męczeństwo i takie odwrócenie religii jest nieuczciwe. Tkwi w nim wielkie uroszczenie: ci, którzy utracili wiarę, przemawiają nadal w jej imieniu. Przyznają sobie prawo interpretowania posłania, które przestali przyjmować. W imię służby człowiekowi rezygnują z posłuszeństwa tradycyjnym nakazom, ponieważ zapomnieli, że jeśli Bóg nie zbawi człowieka, on sam się uratować nie może.

Pobłażanie sobie na każdym kroku, które prowadzi ostatecznie do przekonania, że za nic nas nie już wolno ukarać, niszczy wezwanie, tępi jego ostrze. Myśleć w ten sposób, to stawiać całą naukę tradycji do góry nogami. Bo chrześcijaństwo nie głosiło tego, co ludzie potrzebowali, ale głosiło to, co głosiło i wtedy ludzie przekonali się, że tego potrzebują. Odwrócenie tego sposobu myślenia powoduje, że przesłanie traci wyrazistość, rozlewa się, a chrześcijaństwo staje się tylko jedną z wielu religii, z wielu objawień, sposobem wyrazu transcendencji.

Kościół nie jest Prometeuszem

Abraham nie rozmawiał jednak z transcendencją, tylko z Bogiem, a Jezus zmartwychwstał, bo wzbudziła go z martwych nie jakaś boskość, ale Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba. Tomasz nie nauczało najwyższym bycie, który byłby orzekalny o wszystkim, ale o najwyższym bycie określonym i konkretnym.

Zwolennicy reform uważają, że dla zachowania chrześcijaństwa niezbędne jest odrzucenie odziedziczonych z przeszłości obrzędów i obyczajów. Ale przecież ani one same, ani ich niezrozumiałość nie mogłyby zagrozić katolicyzmowi. Wręcz przeciwnie: nawet jeśli są niezrozumiałe, uczą nas pokory. Uczą nas, że gesty, ruchy, formuły, wszystko, co ustalone i przekazane, jest pierwszym stopniem walki z uroszczeniami mego dumnego "ja". Dotarcie do Boga nie jest po prostu wzbudzaniem w sobie ani żywych uczuć, ani nagłych żarliwości, ani potoków słów, tylko wymaga wyciszenia i opanowania, okiełznania umysłu, zniszczenia jego zakotwiczenia w czasie, życia w przyszłości. Dlatego kiedy Pascal zwraca się do niedowiarków, mówi: zacznijcie postępować jak katolicy. Żegnajcie się wodą święconą, chodźcie do kościoła na mszę, wykonujcie te same gesty i używajcie tych samych formuł. I nie o to mu chodziło, abyśmy stali się automatami, "tresowanymi" katolikami, ale aby "ujarzmić ja". Nasza natura jest słaba i niechętna, dlatego właśnie obrzędy i formuły są konieczne - jako środki, jako punkty podparcia, jako bicz przeciwko pysze.

Kłopot współczesnego chrześcijaństwa wcale nie polega na nagromadzeniu owych tradycyjnych formuł (zresztą po Soborze jest ich coraz mniej, tak, że metoda Pascala współcześnie raczej nie miałaby zastosowania), ale na przejęciu niewłaściwej dla niego roli: herolda ludzkości. Kościół bowiem nie jest po to, aby być Prometeuszem, aby wobec Boga reprezentować interesy ludzi, ale by wobec ludzi głosić Boga, który pozwala im do Siebie dotrzeć.

"Mimo, iż wie się bardzo dobrze, co jest dobre, mówi się o tym i zaleca to czynić, to jednocześnie akceptuje się fakt, że życie jest inne i ma nadzieję, że Bóg w ostatecznym rozrachunku przebaczy grzechy" - pisze Umberto Eco, nazywając to wyobrażeniem typowo katolickim. I dodaje: "Średniowiecze jest kulturą, w której otwarcie uprawia się okrucieństwo, rozwiązłość i bezbożność, a zarazem żyje się z pobożnym rytuałem miłosierdzia, wierzy mocno w Boga, jego nagrody i kary, wyznaje ideał moralny, wbrew któremu się postępuje, bez najmniejszego zastanowienia i w całej niewinności".

Czy możemy powiedzieć z dumą, że my dzisiaj jesteśmy znacznie lepsi od ludzi średniowiecza? Przecież porzuciliśmy ową dziecinną wiarę, przestaliśmy być hipokrytami. Dzisiaj katolicy nie tyle dopuszczają się grzechów i wierzą, że przebaczy im miłosierny Bóg, ale po prostu domagają się zniesienia pojęcia grzechu. Przecież, skoro Dekalogu i tak nikt nie przestrzega, to po co brać sobie na plecy niepotrzebny ciężar? Skoro większość żyje nie przestrzegając przykazań, to trzeba je odrzucić. Innymi słowy: nie wolno głosić ideałów trudnych do zrealizowania.

Dlaczego? Dlatego, że to nieludzkie. Bo to oznacza, że ten człowiek, zwykły i ziemski, musiałby żyć w niepewności, musiałby uznawać za grzech, to, do czego popycha go natura i co czynią inni. A trzeba jeszcze zapytać: czy hipokryta to nie ten, który co innego mówi, a co innego robi? Czy domaganie się od Kościoła, by zmienił naukę, nie jest tym samym, co słowa Jezusa do faryzeuszów, że nałożyli takie wymagania, którym nie mogą sprostać?

Otóż nie. Chrystus dlatego zgromił faryzeuszów, że większą ufność pokładali w swych uczynkach, niż w miłosierdziu Boga. Ta ufność faryzeuszy wynikała z przekonania, że człowiek sam może się usprawiedliwić, a grzech pierworodny, nasza przyrodzona skłonność do zła, mu w tym nie przeszkodzi.

Grzech jako nie-grzech

Tradycyjne katolickie przekonanie, o którym pisze Eco, przyjmowało koncepcję, że ludzie grzeszni zasługują na karę. Ale przez to, że grzeszą, okazać mogą też skruchę, skłonić się przed Panem i w Nim jedynie widzieć źródło usprawiedliwienia. I tu potrzeba subtelnego rozróżnienia, by dostrzec różnicę między odrobiną hipokryzji, która jest cechą naszej natury, a wiarą, że jesteśmy w stanie całkowicie hipokryzji się pozbyć, że jeżeli zaakceptujemy grzech jako nie-grzech, będziemy lepsi. To właśnie obrona ludzkiej nędzy i grzeszności, obrona przykazań, które czynią tę słabość jawną, pozwala nam wierzyć w miłosierdzie. Zapewne taka grzeszna wiara jest gorsza niż wiara doskonałych wykonawców tego, w co wierzą i tego, co głoszą, ale lepsza niż przekonanie, że grzechu nie ma, a Bóg i tak musi mnie usprawiedliwić.

"Ponieważ nie wiem co się robić powinno, robię wszystko, na co mam ochotę, i oczekuję, że nikt mnie nie potępi". Nikt nie może mnie potępić - bo czy już nie dosyć cierpię? Czy z powodu samej egzystencji, z powodów moich wątpliwości moje życie nie powinno być już usprawiedliwione przez samo to, jak bardzo jest niepewne, niedoskonałe, kruche? I jak coś takiego można osądzać? Jak można karać?

Otóż to: bunt przeciw doskonałości prowadzi do przekonania, że nad tym, co kruche, nie może być żadnego Sądu Ostatecznego. Obrazy, na których aniołowie przychodzą z mieczami w garści, by strącić w dół grzeszników, są nam obce. Ani bowiem grzeszników, ani doskonałych nie ma. Żyjemy w strefie stanów pośrednich, z dala od zupełnego dobra i radykalnego zła, nieskalanej doskonałości i bestialstwa. Gdzieś pomiędzy; w szarości, małości, słabości. Jak można za to karać? Jak od kogoś takiego można wymagać? Jak można mu mówić o Sędzim, trąbach, aniołach, potęgach? Nasza wrażliwość nie tylko nie pozwala nam widzieć w tym, co doskonałe, czegoś godnego pożądania, ale stała się dla nas wymówką. Tego, co kruche i przemijające, co słabe, nie wolno niszczyć, ani osądzać. I właśnie Kościół winien wziąć na siebie odpowiedzialność i nie kazać nam rezygnować z owej wymówki, ale bronić jej przed Bogiem, pokazywać ją naszemu sumieniu, wciąż jeszcze pamiętającemu dawne wymagania.

Chrześcijaństwo i Kościół mają dostarczać nam akceptacji - nam, słabym istotom, trochę wiernym i trochę niewiernym, trochę zagubionym, które grzeszą (choć to właściwie nie są grzechy), które kłamią (ale nie dotyczy to wielkich spraw) i które w końcu umrą. A czyż śmierć sama nie jest już dla nas wystarczającym usprawiedliwieniem życia? Czyż nie jest doświadczeniem tak okropnym, tak szalonym, że wszystko inne ma mniejsze znaczenie?

To, że umieramy, ma nas usprawiedliwić. Nie może być kary dla istoty śmiertelnej, bo choćby nawet nie wierzyła w Boga, choćby nawet złamała wszystkie możliwe przykazania i choćby nawet w ogóle ich nie uznawała, a w ich przekraczaniu znajdowała radość, to i tak jest to niczym wobec śmierci. Ona zwalnia ze wszystkiego: jej samotność, nieuchronność, niepowtarzalność, fakt że już nigdy, przenigdy nie odda nam tego życia, paraliżuje wszelką możliwość osądzania. Najwyższy Sędzia może jedynie dobrotliwie kiwać głową i przyjmować, bo przecież nigdy nie zrozumie strachu człowieka przed śmiercią, nigdy nie będzie tym, który został skazany na odejście, tym kto wie, że wszystko co czyni, robi po raz ostatni, najbardziej ostatni z możliwych. Nicość, przed którą stawia nas śmierć, strach, jaki jej towarzyszy, mają nas zwalniać z wszelkich przewin.

Tak to Bóg znalazł się w pułapce. Śmierć, która miała nas kierować ku Niemu, która miała pokazywać, że nasze bytowanie jest niestałe i nie opłaca się korzystać z doczesnych przyjemności, skoro możemy wygrać inne dobra, która będąc karą była też przewodnikiem do Boga, stała się teraz instrumentem do walki z Panem, najbardziej chytrą zaporą przed Jego roszczeniami. Cokolwiek bowiem by nam powiedział i cokolwiek rozkazał, zostaje to przez naszą śmiertelność unieważnione. Jak Bóg, który nie wie, czym jest umieranie, może domagać się od nas, istot stojących w obliczu nicości, abyśmy Mu wierzyli, abyśmy zwyciężali nad czasem, który nam został dany, abyśmy za cenę przekraczania pewnych Jego przykazań nie korzystali z życia, jego małych przyjemności? To jest powód, dla którego coraz więcej teologów i katolików domaga się zmiany języka i obyczajów Kościoła, rezygnacji zarówno z nauczania o prawie naturalnym, jak też odejścia od takich dogmatów jak wiara w istnienie piekła czy szatana.

Czy to nie zatem zbyt surowe, domagać się od współczesnego chrześcijanina wierności zasadom wiary? Być może. Ale tylko wtedy, gdy chrześcijanin rzeczywiście przyjmie za swoje przekonanie, że za rzeczywistością zmysłową nie ma innej, za tym co ziemskie, nie ma tego co niebieskie, że z przygodności nie wybawia go nie podlegający jej w żadnej mierze Najwyższy. Dlatego spór o kształt Kościoła, o to, co będzie głosił, jest tak istotny. Akceptując nas w każdej sytuacji i znosząc wymagania, odetnie nas ostatecznie od Boga. Zyskamy wprawdzie akceptację, znikną grzechy i napięcia, uprzątnięte zostaną wyrzuty sumienia, nikt nie będzie nas straszył wiarą w piekło, ani nie uzna, że nasze zachowanie pozostaje w sprzeczności z prawem naturalnym, ale w zamian za to stracimy dostęp, niepewny i czasowy, do Tego Który Jest. Oto stawka gry! Oto przedmiot zabiegów i wysiłków.

Wieloryb wchłaniający wszystko

Nie jest tym samym przyjąć, że istnieje Bóg i że mamy do czynienia z nicością. Tylko jedna z tych opinii jest prawdziwa. Nie wybieramy Boga zamiast nicości, ale widzimy w nim Prawdę. Nasza czasowość z niczego nas nie zwalnia, a walka, którą wiedziemy, nie jest tylko dramatycznym opisem naszego bytowania - jest walką rzeczywistą. Nie mamy do czynienia z jakimkolwiek bogiem, ale z "Bogiem, który wciąż jeszcze objawia się przez to jako Bóg, iż On, On sam, On jedynie, wybiera i odrzuca, wynosi do góry i obala, ożywia i zabija" (Barth)

Wielka ryba chrześcijaństwa, która wchłania w siebie wszelkie "dobro świata", która napęczniała tak bardzo, iż nie jest w stanie płynąć w jakimkolwiek kierunku i tylko kołysze się poruszana przez plusk fal - oto groźba, przed którą staje chrześcijaństwo. Być może ta ryba jest największa w oceanie, być może mieści w sobie wszystkie wartości i antywartości, bunty i potwierdzenia, gotowa potakiwać każdej formie życia i orientacji, walczyć z tym, co nieludzkie i co powoduje konflikty - ale co z tego? Usprawiedliwieniem chrześcijaństwa nie jest ani jego historyczna, ani cywilizacyjna, ani kulturowa wielkość, ale wierność Objawieniu. Cała reszta jest tylko czymś ubocznym, ważnym, ale ubocznym.

Czy jednak ów wieloryb nie stanowi właściwej odpowiedzi na nasz świat, w którym w ogóle wszelka wielkość przejawia się coraz rzadziej? W którym znikła tragedia, a dobro zastąpiono akcjami charytatywnymi? W którym technika i pragmatyzm okazały się bardziej skuteczne niż cnoty, a życie w większej mierze zapewnia skuteczność polityków, ich skłonność do kompromisów i niechęć do podejmowania ryzyka, niż wszystkie dawne zasady honoru i godności? Czy nie żyjemy w skarlałym świecie, który taki już pozostanie? Po co nam prawda i po co odwaga i po co miłosierdzie, skoro bez nich można się doskonale obejść? Po co mamy walczyć o cokolwiek, skoro i tak niczego nie zmienimy, a świat będzie podążał swoją drogą? Tu właśnie potrzeba odwagi, aby być osobą. Być człowiekiem to nie znaczy wyróżniać się i być za wszelką cenę innym, być etatowym buntownikiem na służbie współczesnej cywilizacji, dzięki któremu ta ostatnia staje się bardziej barwna, a my mamy złudzenie, że ją negujemy. Być osobą to znaczy być indywiduum.

Człowiek jest niezależny od innych i wolny tylko wtedy, jeśli owa autonomia pochodzi spoza niego. Jest wolny, jeśli ma w sobie cząstkę wieczności, jeśli to kim jest nie pochodzi od innych, nie jest obrazem wytworzonym przez publiczność, elementem powszechnej pamięci. W przeciwnym wypadku inaczej, aby istnieć, wciąż trzeba się różnić, wciąż trzeba zabiegać o dostrzeżenie, zapamiętanie, wbicie się w pamięć. Wówczas gesty, bunty, sprzeciwy stają się instrumentami, za pomocą których odnosimy się do innych, służą ludzkiej pasji przejawiania się. Jeśli nie jesteśmy osobami, pozostajemy aktorami. I chociaż zyskujemy niezależność od Najwyższego, stajemy się niewolnikami czasu i publiczności. Tam gdzie nie ma źródła naszego istnienia poza nami, wyłączonego ze świata opinii i stawania się, tam jesteśmy tylko o tyle, o ile zostaniemy dostrzeżeni. Wieloryb ostatecznie wchłania nas samych. Tak długo, jak indywidualność człowieka nie jest utwierdzona w wieczności, nie pochodzi od Tego, kto jest poza czasem i na Kogo nic, co ludzkie nie może mieć żadnego wpływu - tak długo jest złudzeniem. Dlatego bronić trzeba nie ogólnej religijności, ale jednej religii, nie wszystkich wiar, tylko jednej wiary - tej, która mówi o niezależnym od człowieka Bogu i o człowieku jako jego stworzeniu.

Konieczność wyboru jednej religii

Jak to się jednak dzieje, że mam wiarę? Że odnosi się ona do konkretnego Kościoła, konkretnej historii, obejmuje konkretne dogmaty? Że mówi mi, co mam czynić, a czego nie? Że Bóg jest Trójcą i że Chrystus przez swą śmierć na Krzyżu zbawił mnie? Że śmierć nie jest końcem życia, ale że czeka mnie Sąd i albo życie wieczne, albo potępienie?

Można powiedzieć: tak po prostu się stało; przypadkowo urodzony w tym a nie innym kraju, mając rodziców katolików, chodząc do szkoły, gdzie większość uczniów była katolikami, ta seria przypadków, spotkań, budynków, zachowań, to razem sprawiło, że wierzę, jak wierzę. Gdybym urodził się w kraju mahometańskim albo gdybym był dzieckiem protestantów lub ateistów, wierzyłbym jak oni. Skąd zatem może wypływać owo przekonanie, że ta wiara jest prawdziwa? I tylko ona jedna, bardziej niż wszystkie? Czy każdy człowiek i każdy naród i każda kultura nie spotykają Boga na swojej drodze w inny sposób? Czy nie powinienem zrezygnować z roszczenia do wyłączności, z sądzenia, że prawda głoszona przez mój Kościół, jest najwyższa? Głupi człowieku, można powiedzieć, iluż to takich jak ty sądzi, że wierzą lepiej, choć treść ich wiary jest zupełnie różna?

Argument ten wydaje się nie do zbicia. Dlatego, że - jak każdy argument nie do zbicia - w równym stopniu posługuje się pojęciem tego, co mogło się było stać i tego, co jest. Idźmy jednak tym tropem. Gdyby św. Paweł pozostał prześladowcą chrześcijan, nie byłoby chrześcijaństwa. Gdyby nie musiał porzucić Prawa i wybrać Chrystusa, zrównać obrzezania i pogaństwa w poczuciu jednakowej potrzeby odkupienia - nigdy nie wyruszyłby w drogę, aby zakładać pierwsze gminy.

Czy w Egipcie mało było bogów? Czemu Izraelici musieli opuścić to miejsce, aby składać ofiarę Jahwe na pustyni? Czy wAtenach brakowało miejsca na ołtarze? Czy to bezrobocie wśród kapłanów spowodowało pojawienie się nowego kultu ze wschodu, który zniszczył stare wierzenia? O co w tym wszystkim chodzi?

Chodzi o konieczność wyboru. O to, że Bóg, jak bardzo by nie był nieznany i dla nas niedostępny, przejawia się w historii konkretnie i domaga się wiary określonej. Nie jakiejś wiary w ogóle, nie zawierzenia wyższym mocom ani przyjęcia jakichś dobrych duchów, ale zawsze wyboru konkretnego. Gdyby tak nie czynił, to historia nigdy by się nie zmieniła i poAbrahamie nie byłoby Mojżesza, po Mojżeszu Dawida, po Dawidzie Izajasza, po Izajaszu Machabeuszy, a po Machabeuszach - Chrystusa. Paweł zostałby, jeśli nie prześladowcą, to przynajmniej liberalnym nauczycielem Talmudu, Augustyn - sceptycznym retorem, dzielącym życie między pasję do igrzysk a rozważania metafizyczne, Luter - mnichem głoszącym "na boku" kontrowersyjne poglądy, a Ignacy Loyola - założycielem bractwa weteranów, przyjaciół Rzymu.

Niechęć do wyborów, do rozstrzygania, owa wiara w wieloryba, tak powszechna i tak rozumna dzisiaj nie świadczy o niczym innym, jak o słabości, o ucieczce przed określeniem. Tylko pozornie takie przeświadczenie o równości religii i wiar służy ich zachowaniu. Bo trzymamy się nakazów tradycji dlatego, że w nią wierzymy. Nie dlatego uznajemy dogmaty, że ktoś kiedyś je sformułował i do nas dotarły, ale dlatego, że sądzimy, iż zawierają prawdę. Bronić tradycji i religii mówiąc, że wszystkie są równouprawnione, to niszczyć każdą z nich. Ucieczka przed osądem nie daje nam bynajmniej miejsca na wysokości, ponad wszystkimi wyznaniami i wiarami, ale prowadzi do zmieszania wszystkiego ze wszystkim.

Podobnie jeśli przyjmiemy, że każdy człowiek inaczej spotyka Boga na swojej drodze. Zapewne. Ale jeśli ateista spotyka go jako nieistniejącego, katolik przez Kościół, a protestant tylko w Biblii - to co powiemy? Powiemy: dobrze. Ale jeśli ktoś spotyka go w krwawej sekcie, ktoś inny w magii, jeszcze inny w okultyzmie - co wtedy? Tu nasze przekonanie co do równości wszystkich rodzajów poznania Najwyższego jest co najmniej zachwiane. Mówimy wtedy: wszystkie spotkania z Bogiem są dozwolone, o ile nie przeczą zdrowemu rozsądkowi. Pięknie. Ale odpowiedzmy: czy ten sam zarzut, który można postawić religii, nie dotyczy zdrowego rozsądku? Bo w każdej tradycji co innego jest uważane za zgodne ze zdrowym rozsądkiem. W jednej czymś rozsądnym może być obrona praw jednostek, w innej poświęcenie tych praw dla dobra ogółu. Przecież nie wszyscy uznają za racjonalne to, co za takie uchodzi w oświeceniowej cywilizacji Europy Zachodniej.

Żarliwość krytykowania j a ko współczesna cnota

W trakcie pewnej dyskusji publicznej znany myśliciel katolicki stwierdził, że Kościół winien zrezygnować z dogmatu nieomylności papieskiej. Dodał następnie, że nie wierzy w piekło, ani diabła, ani Sąd Ostateczny. Przyznał także, że nie wierzy w zmartwychwstanie. Skrytykował również wszystkie wypowiedzi kościelne dotyczące etyki seksualnej, eutanazji i stosunku do innych wyznań. Nie omieszkał też wytknąć Kościołowi błędów przeszłości: wojen religijnych, nawracania przy użyciu siły i Inkwizycji. W końcu zaproponował, żeby chrześcijaństwo pojmowało siebie jako wyraziciela ludzkiej egzystencji, aby przybliżało każdemu człowiekowi, niezależnie od jego religii, spotkanie z transcendencją. Następnego dnia we wszystkich komentarzach prasowych podkreślano odwagę tego myśliciela. Wszędzie też napisano, że można pozazdrościć Kościołowi takiego krytyka i że bardzo dobrze, iż w ogóle jeszcze ktoś o przyszłość tej instytucji się troszczy.

Nic chyba lepiej nie oddaje upadku myślenia niż to drobne zdarzenie. Pokazuje ono bowiem, że za cnotę uważa się nie wierność przekazanym przez tradycję prawdom, ale ich podważanie. Im ktoś bardziej pozuje na buntownika, im ostrzej atakuje odziedziczone dogmaty i obyczaje, tym lepiej. Podstawowe odwrócenie wartości, a zarazem największy dowód marności naszych czasów - wystarczy się buntować, aby zostać pochwalonym. Co z tego, że myśliciel ten podważa wszystkie prawdy uznane przez Kościół za bezwzględne i że w jego wypowiedziach nie można doszukać się krzty szacunku dla tradycji: ale on żarliwie krytykuje! Zatem nie "żarliwość o twój dom pożera mnie", ale żarliwość krytykowania, powątpiewania, odrzucania, ona jest cnotą.

Żyjemy w kulturze, która uwielbia gest buntownika, w której można powiedzieć wszystko bezkarnie, byle tylko pokazać, że wynika to z naszej ludzkiej wolności i wartości. Na tym polega problem. Nie na tym, że ludzie mają wątpliwości i szukają, ale na tym, że bunt i zwątpienie stały się pozą i powszechnie podziwianym gestem. Aby zostać myślicielem, trzeba buntować się, wątpić i w żadnym razie nie przyznawać się do szczęśliwego posiadania prawdy. Oto dlaczego wieloryb ma tak wielu wyznawców wśród intelektualistów.

Odnaleziona miara

Miara, jaką mogę się posługiwać, porównując różne religie i różne sposoby wyrażania boskiej obecności, polega na stwierdzeniu, na ile są wierne temu podstawowemu napięciu, owej prawdzie, że Bóg niczego nie potrzebuje i wszystko nam daje. Jest najwyższym Bytem, a zarazem tym, co w nas najbardziej intymne. Tym, który może się odwrócić i nie będzie mnie oraz Tym, dzięki któremu mogę za Hamletem powiedzieć: "Dusza ma nieśmiertelna, czegóż się będę lękać". Tym, który wybiera i odrzuca, Tym któremu ufam, że mnie nie odepchnie.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko tak wierzyć i tak rozumieć. Bo nie mam na Niego żadnego wpływu, a jeśli bym miał, to On nie byłby Bogiem. Muszę Mu wierzyć i widzieć w Nim wzór, choć przecież żadnego słowa nie mogę wprost do Niego odnieść. Muszę to tak przyjmować - ale nie z powodu przymusu, owej wysublimowanej przemocy, która rzekomo skrywa się za każdym "muszę" – ale dlatego, bo ulegam prawdzie. Jestem posłuszny, ale nie jak niewolnik, lecz jak syn. Wyrzekam się swojej mocy, której i tak nie posiadam i zdaję się na Niego, Jedynego Który Jest. Poznaję, że jestem niczym, a im bardziej to poznaję, tym bardziej staję się wolny i tym bardziej jestem. Niczego więcej się ode mnie nie żąda poza tym, bym zarzucił ową możliwość, która wbija mnie w pychę i pozwala myśleć, że między tym co może być (co sobie mogę pomyśleć), a tym, co jest, występuje równość. Im bardziej rezygnuję zżycia i mocy i wieczności, której sam sobie jestem w stanie udzielić, tym bardziej zyskuję wieczność i życie i moc.

Wiara nie jest jedynie ślepym zaufaniem, a rozum pustym mędrkowaniem. Wiara nie spoczywa bezpiecznie zamknięta w okopach, wolna od wszelkich napaści rozumu, a on nie jest panem i władcą, który ucina wszelkie roszczenia wiary. Walczą ze sobą i zmagają się, ale ich królestw nie odgradza nieprzebyty mur. Wiara musi być rozumna, jeśli nie ma być tym samym co szaleństwo; rozum musi ufać, jeśli ma tworzyć, a nie tylko niszczyć.

Dlatego też nie każde dzieło ludzkiego ducha - choćby nie wiem jak bardzo było inteligentne - jest wielkie. Nie wszystko można wchłonąć. Nie o wszystkim powiedzieć dobrze. Nie wszystkiemu przytakiwać.

Mówią, że wieloryb ma służyć człowiekowi. Ma mu pomagać, bronić jego godności, występować przeciw tym wszystkim, którzy tej godności uchybiają. Piękne to, zaiste, zadanie dla wieloryba! Ale jak ten, który nie ma zębów, będzie mógł walczyć? Jak ten, który wchłonął tak wiele, że nie może się ruszać, dokądkolwiek podąży? Co mu pozostanie innego, niż tylko wyrzucać z siebie fontanny wody?

Od grzechu do spokoju

Bunt w imię człowieka obraca się przeciw człowiekowi. Czy to znaczy, że nie mamy godności? Że jesteśmy tylko prochem i nicością, że nic nie ma w nas wartościowego? Nie. Musimy pamiętać, że nim staniemy się czegoś godni, musimy być stworzeni. By zostać usprawiedliwieni, musimy otrzymać Łaskę. Dlatego nasza nędza jest naszą wielkością. Jak długo trwamy w zadufaniu i sami się sobie podobamy, tak długo nie możemy dotrzeć do Boga i pozostajemy w granicach swych pożądań.

Nasza nędza otwiera nam drogę do Najwyższego:

nie sama nasza szczerość, ani spontaniczność, ani dobre uczynki.
"Jeśli", rzekł Pan, "dołożę
I ten ostatni klejnot - ród człowieczy
Nie mnie czcić będzie, ale dary Boże,
Spokój Wszechrzeczy miast Pana Wszechrzeczy:
Tak szkodę wspólną stworzę.
Choć mu dobra przystoją
Inne - niepokój niezaspokojenia
Niech pcha człowieka ku trudom i znojom;
Jeśli nie dobroć, to ciężar znużenia
Wzniesie go na pierś moją"

(George Herbert "Dźwig")

Ten dar, którego Bóg nam nie dał, to spokój. Osiągamy go wtedy, gdy nasza tęsknota i nasze pragnienie znajdą się u celu. O tym mówią słynne słowa Augustyna: "miłość moja jest moim ciężarem". Zrozumienie własnego grzechu pozwala nam zmierzać ku celowi, ku spokojowi. Nigdy odwrotnie! W przeciwnym wypadku będziemy czcili "Spokój Wszechrzeczy zamiast Pana Wszechrzeczy". Donikąd nie dojdziemy, nic nie wygramy, nic nie będzie nam dane. Człowiek odkrywa swą wielkość i godność w upadku, grzechu i nędzy. Dopiero kiedy zobaczy, że sam z siebie nic nie jest wart, że jest - jak mówił Eckhart – purum nihili albo - jak mówił Tomasz - quasi nihili, objawia mu się Bóg i Stwórca, a przez to jego słabość staje się siłą, jego nędza bramą do zbawienia. Nie na odwrót. Człowiek nie ma żadnej godności ani wartości sam z siebie.

Na tym polega wina wyznawców wieloryba, którzy głoszą chrześcijaństwo bez zmartwychwstania, Boga "jakby go nie było", wieczność, która "jest przedłużeniem tego życia". Głoszą oni, że Bóg nie mniej potrzebuje człowieka niż człowiek Boga i nie widzą różnicy między ciałem a duszą i między tym światem a tamtym, żądają pogodzenia się z samym sobą zamiast walki ze swoimi pożądliwościami. Odbierają mi świat, w którym panuje Stwórca, uniemożliwiają mi dotarcie do Niego. Tylko jeśli Bóg jest absolutnie suwerenny, gdy nic co moje i co ludzkie nie przysparza ani nie odejmuje Jego doskonałości, wtedy dopiero Jego zbawienie, Jego poświęcenie i Jego wielkość są prawdziwe. Dopiero wtedy, kiedy Bóg absolutnie nie musi mnie zbawić - zbawia mnie. Kiedy nic go nie krępuje, przychodzi do mnie. Podobnie ja: dopiero gdy uznam swą winę i całkowicie zdam się na Niego, dopiero wtedy mogę pojąć Jego miłość. Bo czym byłaby Boska miłość do człowieka, gdyby Bóg musiał nas kochać? Czym byłoby Jego pójście na Krzyż, gdyby moje odkupienie dodało Mu doskonałości? Tajemnica Boskiej miłości i miłosierdzia polega na tym, że stał się człowiekiem i dał się ukrzyżować bezinteresownie.

Najpierw wiara, potem zrozumienie

Jak dotarłem do wiary? Nie przez sam rozum przecież. On mnie co najwyżej do niej doprowadził. Wielu rzeczy w religii nie rozumiem. Nie mogę objąć rozumem wielu dogmatów. Ile razy bym o tym nie myślał, nie mogę sobie wyobrazić, co to znaczy, że Bóg jest Trójcą. Choć czytam wszystkie możliwe traktaty, rozumiem, co znaczy "brak początku, synostwo i pochodzenie", to w mojej wyobraźni wciąż widzę trzech różnych Bogów. Tak samo nie mogę pojąć, jak to jest, że Chrystus był zarazem Człowiekiem i Bogiem. Czy dlatego jednak mam porzucić chrześcijaństwo? Czy dlatego mam uznać, że moja wiara nie jest prawdziwa? Ktoś powie: jeśli chcesz być względem siebie szczery, tak powinieneś uczynić. Tylko: co to znaczy bycze sobą szczerym? Co za nowy rodzaj rozumienia miałbym w zamian otrzymać? Skąd wiem, czy w rozumieniu nie przeszkadza mi moja słabość i ziemskość, moje przywiązanie do czasu? Nie wiem. Dlatego podstawą mojej wiary nie jest rozumienie.

Z drugiej strony jednak coś przecież rozumiem. Nie wiem wprawdzie, jak to się stało, że Stwórca postanowił wysłać swego Syna, aby ten nas odkupił, ale gdy w to już uwierzę, rozumiem, że uczynił to, co najlepsze. To nie jest tylko ślepa wiara, ale wysiłek myślenia i pojmowania. Cały czas, mimo że jestem zmienny, "zmysłowy" i "przemijalny", mam do czynienia z rzeczami Boskimi. Tak więc: najpierw wiara, potem rozumienie. Jeśli mi ktoś powie, że to głupie, odpowiem, że dokładnie tak samo jest z każdym przekonaniem. Wszystko poznajemy najpierw przez zaufanie, a potem dopiero zaczynamy rozumieć. Gdyby nie nauczono mnie w szkole, że Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca – skąd bym to wiedział? Gdyby nie nauczono mnie, że światło to energia, a widzialne rzeczy składają się z atomów, to bym tego nie wiedział. Ktoś odpowie: to nie to samo, wszystkie te rzeczy możesz bowiem w wiarygodny sposób potwierdzić. Zapewne. Tylko, żeby potwierdzić je wszystkie razem, zaczynając od początku, nie starczyłoby mi życia. Nie chcę twierdzić, że moja wiara ma tę samą siłę, co wiedza, tylko, że najpierw musi być zaufanie. Ono poprzedza wiedzę; w każdym przypadku.

Czy pogoń niektórych chrześcijan za uwspółcześnianiem wiary i religii nie jest to po prostu uleganiem "zwierzęciu społecznemu", przeciw któremu występowała Simone Weil? Zwierzęciu, które każe nam sobie służyć, które mówi, że tylko te obyczaje i te prawdy, które ono uznaje, są wartościowe. To zwierzę śmieje się z nas, gdy mu się opieramy, gdy mu nie ulegamy. Uniemożliwia mówienie o Prawdzie (bo każdy ma tylko opinie), o słuszności (bo wszystkie punkty widzenia są równe), o zbawieniu (bo jest tylko jedno życie), o walce (bo są tylko psychiczne stresy) i o grzechu (bo to takie naturalne).

Czy to znaczy, że tradycja nie może ulec zmianie? Ależ nie. Wiemy, że nic takiego jak czysta tradycja nie istnieje. W historii wciąż mieliśmy do czynienia ze zmianami, dostosowaniami, przejmowaniem i odrzucaniem. Orygenes walczył z gnostykami, ale następnie stał się przedmiotem ataków za swój zbytni optymizm. Augustyn walczył z Pelagianami, ale skrajne rozumienie jego myśli nie zostało przyjęte powszechnie w Kościele. Tomasz przystosował dla chrześcijaństwa Arystotelesa i skorygował Augustyna. To, co do nas przychodzi, jest wynikiem rozwoju i zmian.

Dlatego tradycja jest czymś żywym, nie skamieliną przeszłości, ani obiektem podziwu. Chodzi jedynie o miarę. W tym miejscu spotyka się rozum z tradycją i zmiana z zachowaniem. Kryterium jest uznanie w Bogu władcy, który od nas, ludzi, jest zupełnie niezależny, ale my od niego już tak. Posłał swego Syna na śmierć, abyśmy zyskali dzięki temu życie. I tradycja może być tylko wtedy zmieniana - a więc jej formy, sposoby wyrazu i język - kiedy pełniej i lepiej wyraża tradycję, czyli przekazane słowo bezpośrednim boskim autorytetem. W żadnym razie tym kryterium nie mogą być nasze potrzeby, ani nasze pragnienia, ani to, co myśli większość. Dlatego obrona tradycji i walka z nowoczesnością to nie to samo. Chrześcijanin nie ma żadnej szczęśliwej wyspy, na której mógłby się skryć przed tym, co dzieje się obecnie. Ani w średniowieczu, ani w renesansie, ani w baroku. Stamtąd może czerpać wskazówki i pouczenia, ale nie wolno mu w imię przeszłości potępiać tego czasu, w którym żyje. To najczęstszy błąd niektórych tradycjonalistów. Wciąż mówią o autorytetach i dawnych wartościach, utyskują na obecny, nowoczesny świat. A przecież Bogu spodobało się umieścić nas w tym czasie i to powinno nam wystarczyć. Choć staliśmy się odbiorcami prawdy chrześcijańskiej dopiero po dwóch tysiącleciach od jej narodzenia, to przecież prawda ta nic z siebie utracić nie mogła. Z punktu widzenia jej siły i mocy, mogłaby się pojawić nie dwadzieścia wieków temu, ale wczoraj. Żadne ludzkie działania, ani bunty, ani sprzeciwy, ani zmiany mentalności, ani przemiany obyczajów w niczym nie naruszają potęgi Boga. Jeśli myślimy inaczej, to obrona tradycji przeistacza się w pokrzykiwanie frustratów, a walka o zachowanie prawdy – w obronę przed wszelkimi zmianami. Tradycja pozwala nam odnaleźć się w świecie i dzięki naszemu pierwszemu zaufaniu do niej możemy w ogóle zacząć cokolwiek rozumieć. Ale to, co przyjmujemy najpierw tylko na wiarę, musi być przekształcone, przez myślenie, w wiarę rozumną. Inaczej tradycja zmienia się w pusty zbiór formuł i praktyk, łatwy do atakowania i wyszydzania przez "wyznawców wieloryba". Te dwie rzeczy muszą siebie przenikać, muszą sobie towarzyszyć: posłuszeństwo i próba rozumienia, uległość i samodzielność, wiara i prawda, credo quia impossibile i credo ut intelligam. Tradycja jest miarą, ale zaczyna coś określać dopiero, kiedy zaczniemy jej używać.

Można zapytać: co nas zatem broni przed nadużyciem? Nic ponad przekonaniem, że Prawda, o którą nam chodzi, żyje i działa. Że tradycja praktyk i formuł zachowań, dogmaty i następstwo biskupów są żywym językiem, przez który obcujemy nie ze statycznym Bogiem, ale z Bogiem Żywym. Że właśnie Jego wszechmoc i suwerenność są naszą największą nadzieją, bo nasz Obrońca i Stwórca jest ponad wszystkie konieczności i ograniczenia, którym ulegamy. Czy to nie wystarczy? Skoro to nie wystarczy, to nic nie wystarczy.

Paweł Lisicki

Artykuł ukazał się w kwartalniku FRONDA nr 7/1996

www.fronda.pl/a/pawel-lisicki-p…