Clicks187
Radek33
2

Czy Piotrowski się ciągle boi?25.X.1984-Najbardziej prawdopodobna data śmierci Bł.Ks.Jerzego Popiełuszki

W 2008 roku tekst dr. Leszka Pietrzaka, który na łamach "Polski" ujawnił nieznane okoliczności śmierci księdza Popiełuszki, spowodował poruszenie w środowisku byłych esbeków.

Świadczy o tym jeden z numerów antyklerykalnego tygodnika "Fakty i Mity", w którym do niedawna pracował także Grzegorz Piotrowski, skazany w 1985 r. za zabójstwo ks. Popiełuszki.

Tygodnik przypomina wywiad z Piotrowskim, w którym były esbek zdecydowanie zaprzecza, że on i jego podwładni są winni śmierci księdza. Nie mówi jednak nic więcej, sugerując, że prawdę będzie mógł wyjawić dopiero za kilka lat, bo na razie jest dla niego zbyt niebezpieczna.

W tym samym numerze tygodnika opublikowano też wywiad z Łukaszem S., według tygodnika byłym adiutantem generała Czesława Kiszczaka. Także z tej rozmowy wynika, że Piotrowski i pozostali skazani w Toruniu esbecy są winni porwania księdza, ale nie jego zabójstwa.

- Istnieją dwa możliwe źródła tej publikacji - uważa dr Leszek Pietrzak. - Sam Grzegorz Piotrowski, który próbuje w ten sposób zrzucić z siebie winę za zbrodnię, lub jeden z wysokich oficerów bezpieki, najprawdopodobniej Jerzy Gałęzia [obecnie wiceprezes Związku Byłych Funkcjonariuszy Służb Specjalnych - red.].

Grzegorz Piotrowski do niedawna jeszcze publikował swoje teksty na łamach "Faktów i Mitów" oraz inspirował teksty, które się tam pojawiały. W ocenie dr. Pietrzaka Piotrowski to niezwykle przebiegły człowiek. - Od mojego tekstu w "Polsce" także w innych mediach pojawiły się artykuły i programy świadczące o tym, że ustalenia procesu toruńskiego są nieprawdziwe. Być może Piotrowski próbuje się włączyć w ten nurt - tłumaczy dr Pietrzak.

Jego zdaniem Piotrowski znajduje się jednak między młotem a kowadłem, bo chociaż ujawniane w mediach nowe okoliczności śmierci księdza są mu na rękę, nadal obowiązuje go układ zawarty z generałem Kiszczakiem.

- Autoryzowanie pełnej prawdy o tamtych wydarzeniach oznaczałoby dla niego w pewnym sensie wyrok śmierci - uważa dr Pietrzak.

Z kolei za tajemniczym adiutantem generała Łukaszem S. może się w rzeczywistości kryć Jerzy Gałęzia. - Był w swoim czasie bliskim współpracownikiem gen. Kiszczaka. W mojej ocenie mógł mieć znacznie większą wiedzę od pozostałych funkcjonariuszy. Dokumentacja, która istnieje w IPN, może też wskazywać, że spełniał ważniejszą rolę, niż by to wynikało z pełnionego stanowiska - mówi dr Pietrzak.

Z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, dwukrotnie prowadzącym śledztwo w sprawie zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki, rozmawia historyk dr Leszek Pietrzak

Badający od lat sprawę księdza Jerzego Popiełuszki dziennikarz Piotr Litka opublikował niedawno artykuł, w którym opierając się na odnalezionym dokumencie archiwalnym, twierdzi, że generał Czesław Kiszczak powołał w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych specjalny zespół do tzw. zabezpieczenia procesu toruńskiego. Czy wiedział Pan o istnieniu takiego zespołu?


Dokument ten potwierdził moje wcześniejsze ustalenia, że to Kiszczak sterował śledztwem, a później procesem przed sądem w Toruniu w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki. Zeznawali o tym świadkowie zarówno w latach 1990–1991, jak i 2002–2004, a więc wtedy gdy ja odpowiadałem za prowadzenie tego śledztwa. W końcowym okresie, kiedy zajmowałem się tą sprawą w ramach pionu śledczego IPN, uzyskano także inne ważne dowody w tym zakresie, o których – ze względu na toczące się wciąż postępowanie – nie mogę mówić. Wiedziałem już od jesieni 1990 r., że dyrektor Biura Śledczego MSW płk Zbigniew Pudysz na polecenie generała Kiszczaka, można rzec, ręcznie ustawiał cały proces karny w tej sprawie za pomocą podległych sobie funkcjonariuszy. Jednak dokument ujawniony przez Piotra Litkę, z którym się wcześniej nie zetknąłem, pokazuje od strony formalnej gigantyczną skalę ingerencji MSW w postępowanie sądowe przy użyciu ówczesnych służb specjalnych. W tych warunkach dochowanie zasad procesowych stało się po prostu zwykłą fikcją. Wszystko zależało od szefa MSW.

Co robił ten zespół w czasie procesu toruńskiego?

Użył pan sformułowania „zabezpieczenie procesu”. Dodam: tak zwane zabezpieczenie. O jakie działania w istocie chodziło, wystarczy przeczytać dokument ujawniony przez Piotra Litkę. Został on sporządzony w języku służb, w postaci znamiennych dla tamtego czasu resortowych uogólnień. W przełożeniu zaś na język potoczny zakładał on totalną inwigilację w odniesieniu do wszystkich uczestników procesu. Chodziło oczywiście o pełną kontrolę operacyjną prowadzoną przez całą dobę z wykorzystaniem wszelkich dostępnych w tamtym czasie środków. Krótko mówiąc. Była to ingerencja w przebieg rozpraw, tak by „jedynie słuszna” wersja przebiegu uprowadzenia i zabójstwa księdza, jaką wcześniej ustalono w sztabie Kiszczaka, nie została narażona na szwank. Aby ktoś ze świadków czy oskarżonych nie wychylił się i nie powiedział „za dużo”, by przypadkiem nie wyszło, że oto mamy kolejnego inspiratora zbrodni, stojącego wyżej w hierarchii niż płk Adam Pietruszka. W świat miał też iść ściśle wyselekcjonowany przekaz medialny z tego, co działo się na sali sądowej. Trzeba było stworzyć iluzję praworządnego procesu nad ideowymi frustratami, których ofiara miała okazać się moralnym sprawcą ich zbrodniczego czynu.

Czy można stwierdzić, że doszło do zmanipulowania jego przebiegiem?

Można. Chodzi zwłaszcza o wątek sprawstwa kierowniczego generałów MSW Zenona Płatka i Władysława Ciastonia. W śledztwie Departamentu Prokuratury, prowadzonym w 1990 r., dość szybko, bo od 24 lipca do 8 października, zebrano dowody, na podstawie których przedstawiono im w tym zakresie zarzuty i tymczasowo aresztowano. Materiałem wyjściowym były właśnie akta procesu toruńskiego.

Mówimy jednak cały czas o procesie, ale jak wiadomo, zanim się on rozpoczął, prowadzone było przez MSW śledztwo w sprawie śmierci księdza, teoretycznie pod nadzorem prokuratury. Czy Pana zdaniem przebieg tego śledztwa też został zmanipulowany przez ludzi MSW, którzy to śledztwo prowadzili?

Tak, oczywiście, i to w całej rozciągłości – pod batutą płk. Pudysza, wprawionego w działaniach tej kategorii. Śledztwo wchodziło w zakres kombinacji operacyjnej służb specjalnych PRL i „należało” je tak prowadzić, aby wypełnić jej główne założenia. Nie chodziło więc przede wszystkim o podstawę faktyczną wykonywanych czynności, o to, co naprawdę się wydarzyło, lecz o przyjętą koncepcję, jakoby księdza mieli uprowadzić członkowie organizacji kontrrewolucyjnej złożonej z duchownych i świeckich, których dalekosiężnym celem było wywołanie niepokojów społecznych w kraju, na które władza musiałaby „siłowo” zareagować. Tworzono w tym zakresie fałszywe dowody i włączano je do akt sprawy. Inne dowody, te dokumentujące niewygodną prawdę, z kolei utajniano i ukrywano. Ostatecznie jednak z końcem października 1984 r. zdecydowano, że z opozycją solidarnościową należy „zasiąść do stołu” i rozmawiać. Przyjęto dostosowaną do zmiany tej strategii koncepcję, że to nie kontrrewolucjoniści, lecz płk Adam Pietruszka jest jedynym inspiratorem zbrodni, zaś grupa kapitana Piotrowskiego jej wyłącznym wykonawcą. Wicedyrektor Departamentu IV MSW musiał „dać się zamknąć”, jak wprost oznajmił mu to generał Kiszczak. W tym zmodyfikowanym, finalnie przyjętym kierunku modelowano wszystkie czynności w dalszym postępowaniu. Dwaj funkcjonariusze Biura Śledczego MSW, którzy zajmowali się wątkiem organizacji kontrrewolucyjnej, ponieśli śmierć w zderzeniu ich osobowego auta z samochodem ciężarowym pod Białobrzegami, co miało miejsce 30 listopada 1984 r., dając w ten oto sposób gwarancję milczenia swoim mocodawcom. Z kolei milczenie czterech skazanych w procesie toruńskim i ich rodzin zapewniło objęcie ich ścisłą kontrolą operacyjną służb MSW w ramach sprawy operacyjnej o krypt. „Teresa-Trawa-Robot”. Inwigilację tę zakończono dopiero w marcu 1990 r. Przyniosła ona zamierzony przez Kiszczaka skutek. Do dzisiaj w ramach tzw. politycznej poprawności obowiązuje wersja zbrodni według scenariusza gen. Kiszczaka.

Jak według Pana można było tym śledztwem w praktyce manipulować?

Tendencyjnie i jednostronnie przesłuchiwano świadków i podejrzanych. Wymuszano na nich zeznania i wyjaśnienia o pożądanej treści, tak aby zatajać i ukrywać nieodpowiadające realizowanej koncepcji fakty i okoliczności. Przesłuchiwano podstawionych świadków składających fałszywe zeznania, przyjmowano jako wiarygodne opinie biegłych, co do których gołym okiem widać, że były nierzetelne, niepełne lub wręcz sfałszowane. Nie jest to wyczerpująca lista metod manipulacji, którymi się posłużono.

Tendencyjnie i jednostronnie przesłuchiwano świadków i podejrzanych. Wymuszano na nich zeznania i wyjaśnienia o pożądanej treści, tak aby zatajać i ukrywać nieodpowiadające realizowanej koncepcji fakty i okoliczności. Przesłuchiwano podstawionych świadków składających fałszywe zeznania, przyjmowano jako wiarygodne opinie biegłych, co do których gołym okiem widać, że były nierzetelne, niepełne lub wręcz sfałszowane. Nie jest to wyczerpująca lista metod manipulacji, którymi się posłużono
Piotr Litka w swoim artykule mówi m.in. o tym, że na tamie we Włocławku były dwa fiaty 125 p, co wyszło w trakcie śledztwa prowadzonego przez MSW. Krótko mówiąc, Litka jasno wskazuje, że oprócz ekipy Piotrowskiego, która porwała księdza, była druga ekipa, która jak wiele wskazuje, przejęła od niej księdza i dalej się nim zajmowała przez kolejne dni. Czy było to Panu wiadome, że tak było, gdy prowadził Pan w IPN śledztwo w tej sprawie?

Ten samochód, odkąd zająłem się tą sprawą, budził moje podejrzenia. Kiedy w śledztwie IPN w okresie 2002–2004 ustalono, że przebieg uprowadzenia księdza był inny od przyjętego w procesie toruńskim, zaś jego zwłoki wrzucono do Wisły na tamie we Włocławku nie 19, lecz 25 października 1984 r., stało się jasne, że osoby jadące tym drugim fiatem 125p w najwyższym stopniu prawdopodobieństwa miały związek z omawianym przestępstwem.

Piotr Litka opisuje również w swoim artykule, że w trakcie śledztwa prowadzonego przez MSW wywierano presję na Zakład Kryminalistyki Komendy Głównej Milicji, aby sporządzane przez niego ekspertyzy były zgodne z oczekiwaniami prowadzących śledztwo. Czy Panu udało się to potwierdzić?

24 września 1990 r. zeznania składał przede mną świadek Tadeusz Rydzek – w 1984 r. był on dyrektorem Zakładu Kryminalistyki Komendy Głównej MO. Zeznał on wówczas m.in., że kiedy gen. Zenon Płatek, obwołany przez Kiszczaka kierownikiem grupy śledczej do zbadania sprawy uprowadzenia ks. Popiełuszki (sic!), dowiedział się wstępnie od niego, że w wyniku badań daktyloskopijnych stwierdzono na lusterku samochodu Volkswagen Golf, którym podróżował ksiądz, ślady linii papilarnych „Pękali lub Chmielewskiego”, to powiedział Rydzkowi wprost: „To jest niemożliwe, to jest sprzeczne z naszymi ustaleniami, do d… te wasze ekspertyzy”. Jak stwierdził Rydzek, po upływie około półgodziny Płatek zadzwonił do niego i już tonem oficjalnym, bez żadnych ogródek oznajmił mu: „Towarzyszu Rydzek, ta ekspertyza nie może ujrzeć światła dziennego […]. Takie są decyzje polityczne i takie rozkazy, a za niewykonanie rozkazów w tych ciężkich czasach wiecie, co was może spotkać”. To tak tytułem zilustrowania znacznie szerszego problemu zasygnalizowanego w postawionym pytaniu.

Czyli tylko na podstawie samych akt śledztwa można udowodnić, że zostało ono zmanipulowane przez MSW?

Można. Jest wiele luk w materiale dowodowym. Zainicjowanych wątków nie kontynuowano, urywając jakby „w pół zdania” wyjaśnianie postawionego zagadnienia. Dokumentacji szeregu czynności procesowych nie zamieszczano w aktach śledztwa. Wiemy np., że przewodnik psa tropiącego użytego 19 października 1984 r. na miejscu uprowadzenia księdza sporządził z tej czynności szczegółowy protokół wraz z załączonymi szkicami. Dokumentacji tej nie włączono do akt sprawy. Nie wiadomo, co się z nią stało. Znalezionego 25 października 1984 r. różańca także nie włączono do materiału dowodowego, tylko ukryto w tajnych aktach bydgoskiego SB. Można by te przykłady mnożyć. Jak ujawnił w 1990 r., świadek Grzegorz Piotrowski: „Śledztwo cechowało prowadzenie podwójnej dokumentacji: część zeznań przeznaczonych w perspektywie dla sądu rejestrowano w protokołach, a pozostałe w notatkach służbowych oznaczonych klauzulą »tajne spec. znaczenia«, a tym samym chronionych jako tajemnica państwowa”.

Skoro zatem istnieją przesłanki do tego, aby twierdzić, że w sprawie zamordowania ks. Jerzego zarówno śledztwo, jak i cały proces zostały wypaczone, bo je całkowicie zmanipulowano, to czy nie należałoby się zająć najpierw ich unieważnieniem? Czy jest dzisiaj taka możliwość prawna?

Istnieje prawna możliwość wznowienia postępowania sądowego zakończonego prawomocnym orzeczeniem, jeżeli m.in. w związku z postępowaniem dopuszczono się przestępstwa. Istnieje uzasadniona podstawa do przyjęcia, że mogło to mieć wpływ na treść orzeczenia. Ze swej strony na tym stwierdzeniu poprzestanę. Wszelkie bowiem decyzje procesowe w tej sprawie pozostają w gestii prokuratorów aktualnie odpowiedzialnych za dalszy bieg śledztwa w sprawie zamordowania kapelana Solidarności.

polskatimes.pl/…rowski-boi-sie-zemsty/ar/55575

warszawskagazeta.pl/…uszce-wciaz-pozostaja-bezkarni
Radek33
„To jest niemożliwe, to jest sprzeczne z naszymi ustaleniami, do d… te wasze ekspertyzy”. Jak stwierdził Rydzek, po upływie około półgodziny Płatek zadzwonił do niego i już tonem oficjalnym, bez żadnych ogródek oznajmił mu: „Towarzyszu Rydzek, ta ekspertyza nie może ujrzeć światła dziennego […]. Takie są decyzje polityczne i takie rozkazy, a za niewykonanie rozkazów w tych ciężkich czasach …More
„To jest niemożliwe, to jest sprzeczne z naszymi ustaleniami, do d… te wasze ekspertyzy”. Jak stwierdził Rydzek, po upływie około półgodziny Płatek zadzwonił do niego i już tonem oficjalnym, bez żadnych ogródek oznajmił mu: „Towarzyszu Rydzek, ta ekspertyza nie może ujrzeć światła dziennego […]. Takie są decyzje polityczne i takie rozkazy, a za niewykonanie rozkazów w tych ciężkich czasach wiecie, co was może spotkać..."
Radek33
"Tygodnik przypomina wywiad z Piotrowskim, w którym były esbek zdecydowanie zaprzecza, że on i jego podwładni są winni śmierci księdza. Nie mówi jednak nic więcej, sugerując, że prawdę będzie mógł wyjawić dopiero za kilka lat, bo na razie jest dla niego zbyt niebezpieczna(...)Piotrowski znajduje się jednak między młotem a kowadłem, bo chociaż ujawniane w mediach nowe okoliczności śmierci księdza …More
"Tygodnik przypomina wywiad z Piotrowskim, w którym były esbek zdecydowanie zaprzecza, że on i jego podwładni są winni śmierci księdza. Nie mówi jednak nic więcej, sugerując, że prawdę będzie mógł wyjawić dopiero za kilka lat, bo na razie jest dla niego zbyt niebezpieczna(...)Piotrowski znajduje się jednak między młotem a kowadłem, bo chociaż ujawniane w mediach nowe okoliczności śmierci księdza są mu na rękę, nadal obowiązuje go układ zawarty z generałem Kiszczakiem.
- Autoryzowanie pełnej prawdy o tamtych wydarzeniach oznaczałoby dla niego w pewnym sensie wyrok śmierci(..)"