Jan Tauler- Kazanie 51

Kazanie to, oparte na Ewangelii św. Łukasza na trzynastą niedzielę po Trójcy Świętej, uczy nas szukania samego Boga i uznania własnej ślepoty i nędzy. Tą drogą dojdziemy do prawdziwej pokory ducha i natury.

Beati oc uli, qui vident, quad videiis.
Szczęśliwe oczy, które widzą, to co wy widzicie. (Łk 10,23)


Czytamy, że Pan uradował się kiedyś spoglądając wewnętrznymi oczami na wybranych swego Ojca niebieskiego i zawołał: Dziękuję Ci, Ojcze niebieski, że zakryłeś te rzeczy przed wielkimi i mądrymi tego świata, a objawiłeś je małym (Łk 10, 21). Następnie zwrócił się do swoich umiłowanych uczniów, spojrzał na nich i zaczął głosić tę Dobrą Nowinę, którą czytamy dzisiaj jako Ewangelię na ten tydzień w oficjum pro tempore Szczęśliwe oczy, które widzą, to co wy widzicie, bo wielu królów i proroków pragnęło ujrzeć, to co wy teraz widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli. A oto powstał jakiś uczony w Prawie i chcąc wystawić Pana na próbę i przywieść do upadku, zapytał Go tymi słowami: Mistrzu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Pan nasz odpowiedział mu życzliwie, choć wiedział, że wnętrze jego było przewrotne: Co czytasz w Prawie? Tamten odpowiedział: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym sercem, całą duszą i całym swoim umysłem, a bliźniego swego jak siebie samego. Na to Pan: Czyń to, a będziesz żył.
Pozostańmy jednak przy pierwszych słowach: Szczęśliwe oczy, które widzą, to co wy widzicie.
Człowiek ma dwa rodzaje oczu: zewnętrzne i wewnętrzne. Gdyby nie miał wewnętrznych, oko zewnętrzne i on cały byłby jedną wielką nędzą i słabością, ponieważ by się nie różnił od zwierząt, oswojonych bądź dzikich.

Jakże się to dzieje, drogie dzieci, że szlachetny rozum, to jest oko wewnętrzne, może być tak żałośnie zaślepione, że nie widzi prawdziwego światła? Oto źródło tego zgubnego zła: na oku tym narosła gruba i matowa skóra, jakby przesłona; jest to miłość i przywiązanie do stworzeń, do siebie samego lub do własnych rzeczy. Z tej przyczyny człowiek stał się ślepy i głuchy, niezależnie od stanu, w którym żyje — w świeckim czy duchownym. W takim usposobieniu ludzie ci przyjmują Ciało Pańskie, a im częściej to czynią, tym bardziej ślepną i głuchną, tym grubsza staje się ta skóra.
Jak myślicie, dlaczego człowiek ten w żaden sposób nie może dotrzeć do swej głębi? Oto przyczyna tej niemożności: Głębia ta przykryta jest wieloma grubymi, okropnymi skórami, niektóre są tak grube jak czoło wołu. Do tego stopnia przykryły one najgłębsze wnętrze jego duszy, że ani Bóg, ani on sam nie może się do niego przedostać. Wejście jest zarośnięte. Wiedzcie, że są ludzie, którzy mogą mieć aż trzydzieści lub czterdzieści takich skór, grubych, szorstkich, czarnych, podobnych do skóry niedźwiedzia.
Czym są te skóry? To każda rzecz, do której zwracasz się swoją własną wolą: egocentryzm słów i uczynków, sympatie i antypatie, pycha, samowola, upodobanie w czymkolwiek poza Bogiem, bezwzględność, lekkomyślność, niekontrolowane reakcje itp. Wszystkie takie rzeczy są grubymi skórami utrudniającymi człowiekowi widzenie. Ale gdy tylko człowiek z bólem uświadamia to sobie, wyznaje z pokorą swoją winę przed Bogiem i co jeszcze lepsze — podejmuje postanowienie poprawy, jak tylko do tego jest zdolny, wszystko jest już dobrze. Są jednak ludzie, którym te skóry do tego stopnia przesłoniły oczy i uszy, że cokolwiek by do nich mówić, nic nie słyszą, jak gdyby spali, i nie chcą się wyzbyć swoich bożyszczy, jakiekolwiek by one były. Postępują jak Rachela, która usiadła na swych bożkach (posążkach domowych). Obrazy, które rodzą się z tych bożyszczy, utrudniają widzenie, a skóry do tego stopnia zasłaniają wewnętrzne oczy i uszy, że oczy ich rozumu nie mogą dostrzec tego, co daje im szczęście. Szczęśliwe oczy, które widzą, to co wy widzicie.
Człowiek rozumny sam powinien dojść do wniosku, że jeżeli próżne światowe serca tak wiele czerpią radości ze stworzeń, które są przecież niczym, to jak cudownych rzeczy można zaznać u Tego, który jest źródłem wszystkich tych cudów! Pan nasz, Jezus Chrystus, nazwał swoich uczniów szczęśliwymi z powodu tego, co widzieli. Jeśli się lepiej zastanowimy, my również powinniśmy czuć się szczęśliwi. Widzimy przecież naszego Pana, Jezusa Chrystusa, w doskonalszy sposób niż św. Piotr czy Jan. Oni mieli przed oczami człowieka ubogiego, słabego, cierpiącego, śmiertelnego. Nam zaś nasza święta, szlachetna wiara pozwala dostrzegać wielkiego, godnego czci i potężnego Boga, Pana nieba i ziemi, który z niczego uczynił wszystkie stworzenia. Patrząc uważnie na to wszystko, nasze oczy i dusze znajdują wiekuiste szczęście.
Moi drodzy! Wielcy teologowie i mistrzowie scholastyki wiodą dyskusje nad zagadnieniem, co jest ważniejsze i szlachetniejsze: poznanie czy miłość. My jednak chętniej mówimy tu o mistrzach życia, bo gdy znajdziemy się w niebie, ujrzymy z pewnością prawdę wszystkich rzeczy. Pan powiedział: Jedno jest konieczne. Czymże jest to jedno? To jedno polega na tym, żebyś uznał swoją nicość, która jest twoją własnością, żebyś pojął, czym i kim jesteś sam ze siebie. Z powodu tego jednego napełniłeś Pana taką trwogą, że spłynął krwawym potem. Ponieważ nie chciałeś uznać tego jedynego, zawołał On z krzyża: Boże mój, Boże, czemuś Mnie opuścił? Tak, trzeba było, żeby wszyscy ludzie całkowicie zapomnieli o tym jedynym koniecznym. Dlatego zostaw wszystko, czego ja sam uczyłem i wszyscy mistrzowie, zostaw życie czynne i kontemplatywne. zostaw wzniosłe spekulacje i ucz się tylko tej jednej rzeczy, tak żeby ci ona została dana. A wtedy praca twoja będzie dobra. Dlatego Pan powiedział: Maria wybrała lepszą cząstkę; tak! — najlepszą ze wszystkich. Zaprawdę, gdybyś tę mógł zdobyć, miałbyś wszystko. Nie jakąś część, lecz — wszystko.
Ale to jedno konieczne wcale nie polega na umiejętności mówienia o własnej nicości tak mądrze i pokornie, jakby się tę cnotę posiadało już w stopniu doskonałym. Czynią tak pewni ludzie, którzy w swym samouwielbieniu są bardziej wzniośli niż katedra (kolońska). Chcą uchodzić za wielkich; wprowadzają tym w błąd innych, ale oszukują przede wszystkim siebie samych. Oni to bowiem padają ostatecznie ofiarami własnego kłamstwa.
Moi drodzy! Głębię tę (jedynego koniecznego) zna niewielu. Można przyjąć, że pośród was wszystkich są tylko trzy takie osoby. To (jedno konieczne) nie znajduje się ani w myśleniu, ani w rozumie. W rzeczywistości jednak stale zajmowanie się nim stanowi tu wydatną pomoc, i dążąc do niego za pomocą ćwiczenia, dociera się do samej rzeczywistości. Stale ćwiczenie doprowadzi do osiągnięcia celu w sposób formalny i istotny. Z chwilą uświadomienia sobie wewnętrznego poruszenia lub zewnętrznych oznak pychy należy natychmiast, szybko i bez zwłoki pogrążyć się w najniższych pokładach głębi; a tam, w głębi, zanurz się w swej nicości. Ale oto zjawiają się tacy, którzy powiadają: Codziennie robię to lub tamto, rozważam życie Pana itp. Mój drogi, jeśli przywiązujesz wagę do którejkolwiek ze swych czynności lub praktyk, tak jakby one posiadały jakąś wartość, lepiej by ci było nic nie robić oraz rozmyślać nad własną nicością, nieprzydatnością i niezdolnością, aniżeli oddawać się jakimś działaniom, wewnętrznym lub zewnętrznym, i zapominać o własnej nicości.
Zacznijmy zatem od człowieka zewnętrznego. Zastanów się, kim ty jesteś. Z czego powstałeś? — Z nieczystej, zgniłej, złej, brudnej materii, wstrętnej i obrzydliwej w sobie samej i dla wszystkich. A czym się stałeś? — Brudnym, cuchnącym workiem, pełnym nieczystości. Każdy, nawet najczystszy, najszlachetniejszy pokarm i napój, który wchodzi w ciebie piękny i wspaniały, musi wyjść jako plugastwo i smród nieznośny. Choćby ktoś najbardziej kochał swego przyjaciela, do tego stopnia że oddałby za niego swe życie i skazał się na wieczny ogień piekła, opuszcza go w chwili śmierci i unika jak zdechłego psa.
Bóg skierował przeciw człowiekowi wszystkie stworzenia: nieboskłon, słońce i gwiazdy. Teraz jest ci zimno, po chwili znowu za gorąco, dziś mamy szron, nazajutrz śnieg, raz czujesz się dobrze, raz cię coś boli, odczuwasz też głód i pragnienie, dokuczają ci pluskwy, to znowu pająki, muchy i pchły, przed którymi często nie możesz się obronić. Przyjrzyj się, jak nierozumne bydlęta lepiej niż ciebie wyposażyła natura: odzienie, które im rośnie, wystarcza im zarówno na chłody, jak na upały, ty natomiast musisz od nich pożyczać sobie ubranie! I te właśnie braki stanowią dla ciebie źródło rozkoszy, radości i dumy! Nie jest to dowód niewyrażalnego zaślepienia? Dzikie zwierzęta i bydło poprzestają na pokarmie, napoju, przyodziewku i legowiskach, które im dał Bóg. A ty? Aż dziw bierze, czego ty nie potrzebujesz dla zachowania swojej biednej natury! A do tego szukasz w tym jeszcze rozkoszy i popełniasz wielkie grzechy, korzystając z martwych zwierząt. Dawniej święci płakali, gdy musieli jeść, a śmiali się idąc na śmierć.
Posuń się jeszcze dalej w rozważaniu swojej nicości, Jakże jest nędzna ta twoja natura! lubisz się modlić, pościć, czuwać i robić wenię2? Ale co ci daje to wszystko? Nie czynisz tego, co chcesz, a czynisz, czego nie chcesz (Rz 7, 19). Ileż to niebezpiecznych pokus cię osacza, ileż ułomności musisz z woli Bożej znosić wewnętrznie i zewnętrznie, po to tylko, byś nauczył się jednego koniecznego. Trzymaj się mocno! Wszystko to Bóg dopuszcza dla twego dobra, by cię przez to doprowadzić do uznania twojej własnej nicości; lepsze to będzie dla ciebie niż zajmowanie się jakimiś wielkimi sprawami. Nachodzą cię jacyś ludzie, grożąc ci gestami i twardymi słowami? wielcy mędrcy ze swymi wielkimi, wzniosłymi słowami i subtelnościami, niby jacyś apostołowie? Drogie dziecko, zanurz się w swej głębi, w swej nicości. Niech runie na ciebie wieża z wszystkimi dzwonami, niech się zwalą na ciebie wszyscy diabli z całego piekła, niebo i ziemia ze wszystkimi stworzeniami! Wszystko to wspaniale ci wyjdzie na pożytek. Zanurz się tylko, a wszystko pójdzie jak najlepiej dla ciebie.
Ale niektórzy tak mi mówią: Panie, codziennie rozmyślam nad męką Pańską: o tym jak stał przed Piłatem, przed Herodem, przy słupie i w innych miejscach. Otóż posłuchaj mojej nauki: nie patrz na Boga jak na zwykłego człowieka, lecz wpatruj się w Boga transcendentnego i niepoznawalnego, Boga najwyższego, potężnego i wiecznego, który jednym słowem stworzył niebo i ziemię i w ten sam sposób wszystko może w nicość obrócić. Rozważ, że ten właśnie Bóg chciał się tak unicestwić dla swoich stworzeń. I zarumień się wtedy ze wstydu, że ty, śmiertelny, nędzny człowiek, myślałeś o zaszczytach, korzyściach i dumie. Ugnij się pod krzyżem, skądkolwiek przychodzi, od wewnątrz czy z zewnątrz. Nagnij swoją pyszną duszę pod Jego cierniową koronę. I pójdź za ukrzyżowanym Bogiem w duchu poddania, pełen prawdziwej wzgardy dla siebie samego, pod każdym względem, wewnętrznie i zewnętrznie, skoro twój tak wielki Bóg do tego stopnia się unicestwił, osądzony przez swoje własne stworzenia, skazany na śmierć i ukrzyżowany.

W ten to sposób, cierpiąc cierpliwie i z pokorą, powinieneś naśladować Jego mąkę, na niej się wzorować. Ludzie tak jednak nie postępują; wprawdzie wszyscy V rozmyślają o świętej męce Pańskiej, ale z miłością niemal zupełnie wygasłą, ślepą i nie współczującą, w następstwie czego to rozważanie, ta praktyka okazuje się nieskuteczna i nikogo nie skłania do wyrzeczenia się wygód, pychy zaszczytów, zadowolenia zmysłowego. Wszyscy pozostają dokładnie tacy, jacy byli. Ach, jakże mało owoców przynosi męka Pańska w tych ludziach! Owoc przejawia się przecież w naśladowaniu, w zewnętrznym postępowaniu, obyczajach i uczynkach.
W ten oto sposób masz praktykować ćwiczenie świętej męki Pańskiej i ją rozważać, jeśli chcesz, by przyniosła ona w tobie owoc życia.
Miej samego siebie we wzgardzie. Niech ci się zdaje, że nie jesteś godny, by cię ziemia nosiła na swych ramionach, że powinna cię ona pochłonąć (z powodu twych grzechów). Myśl, iż w piekle są tysiące ludzi, którzy, być może. nie uczynili tyle złego co ty. Gdyby Bóg dał im równie liczne światła i dary co tobie, byliby zupełnie inni od ciebie. A jednak ciebie oszczędził, na ciebie czekał cierpliwie, ich zaś skazał na wieczne potępienie. Często się nad tym zastanawiaj i nie waż się przełknąć nawet jednej kropli wody z lekkomyślną zuchwałością niczym nieskrępowanej wolności, lecz (czyń to) z pokorną bojażnią. Wszystkich rzeczy używaj w miarę potrzeb swej słabości, a nie — ze względu na przyjemność.
Są ludzie, którzy rozprawiają o wielkich, niezwykłych rzeczach zupełnie tak, jakby powrócili. z niebiańskich wyżyn, a przy tym wszystkim na krok nie wyszli poza siebie w uznaniu własnej nicości. Mogli oni, oczywiście, posiąść prawdę rozumową, ale do prawdy życiowej, czyli rzeczywistej, nikt nie może dojść poza tą drogą poznania własnej nicości. A kto nie przeszedł tej drogi, znajdzie się w bardzo niebezpiecznej sytuacji i okryje się wstydem w dniu, kiedy wyjdą na jaw wszystkie rzeczy. Wtedy, być może, będą żałować, że kiedyś nosili strój duchowny, że przysłuchiwali się jakimś uczonym dysputom lub sami je prowadzili, zyskując tym wielki rozgłos. Będą żałować, że nie spędzili całego życia na pasaniu bydła i że nie pracowali w pocie czoła na kawałek chleba. Moi drodzy, nadejdzie dzień, kiedy Bóg zażąda zdania sprawy ze swoich darów, które tak szczodrze rozdaje, a w tak małym stopniu teraz z nich korzystamy i z tak nikłym pożytkiem. Ta wzgarda dla siebie samego nie powinna rodzić wątpliwości, jak to się zdarza duszom bojażliwym, lecz ma prowadzić do pokornego, pełnego bezgranicznej ufności poddania się Bogu i wszystkim stworzeniom.
Gdyby człowiek uważał w sobie coś za pokorę, byłaby to postawa fałszywa. Dlatego Pan powiedział: Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego (nie należy zatem przywiązywać wielkiego znaczenia do tego, co czynimy); dopuśćcie dziateczki do Mnie.
Ziemia jest najniższa spośród wszystkich elementów i dlatego najbardziej się oddaliła od nieba. Z tej samej też przyczyny ogromny nieboskłon wraz ze słońcem, księżycem i gwiazdami pędzi za nią z całą swoją energią, a ich oddziaływanie na ziemię jest skuteczniejsze niż na pozostałe, wyższe elementy. Im głębsza dolina, tym obfitsze w wodę potoki, a w ogóle doliny żyźniejsze są niż góry. Prawdziwa wzgarda dla siebie zatraca się w wewnętrznej otchłani Boga. Tam człowiek zatraca się bez reszty w doskonałym i prawdziwym zagubieniu siebie samego. Otchłań przyzywa otchłań (Ps 41, 8). Otchłań stworzona pociąga swoją głębią. Jej głębia i nicość przez nią uznana przyciąga ku sobie otwartą nie stworzoną Otchłań; jedna zatraca się w drugiej, a wówczas istnieje już tylko jedyne jedno, jedna nicość — w drugiej Nicości. Tę właśnie Nicość miał na myśli św. Dionizy, gdy mówił, że Bóg nie jest niczym z tego wszystkiego, co możemy nazywać, zrozumieć lub pojąć. Duch jest wtedy do tego stopnia wyzuty ze siebie, że gdyby Bóg chciał go unicestwić i gdyby on sam mógł się (w tym zjednoczeniu) w nicość obrócić, uczyniłby to z miłości ku Nicości, która go całego przenika. Bo poza Jednym nic nie wie, nic nie kocha, niczego nie czuje.
Moi drodzy! Szczęśliwe oczy, które tak potrafią widzieć! O nich to mógł Pan powiedzieć te słowa: Szczęśliwe oczy, które widzą, to co wy widzicie.
Niech nam Bóg dopomoże, żebyśmy wszyscy dostąpili szczęścia płynącego z oglądania naszej własnej nicości. Amen.