Niezwykłe znalezisko w lesie
Niezwykłe odnalezienie kozyPRZEZ MIKI · OPUBLIKOWANE 09-08-2009 · ZAKTUALIZOWANE 23-02-2014
Ponieważ jest to mój pierwszy post na blogu Vivy! Bardzo miło mi się przywitać ze wszystkimi czytelnikami (i czytelniczkami). Mam nadzieję, że z przyjemnością przeczytacie historię o kozie imieniem Lucy i jej niezwykłym odnalezieniu… :)
Dwa dni później, około południa wyruszyliśmy razem z Cyprianem i moim bratem w dobrych humorach, czując, że wyruszamy na spotkanie przeznaczenia – jakiekolwiek by ono nie było :).
Celem naszej podróży był Juliopol – mała miejscowość koło Młodzieszyna – innej małej miejscowości pod Sochaczewem. Nasza podróż minęła bardzo szybko – praktycznie pusta trasa, zielono za oknami, dwa przekroczenia Wisły i niezwykła muzyka wypełniające wnętrze pojazdu. Gdy przedarliśmy się przez las i dotarliśmy do miejsca w którym dwa tygodnie temu miały miejsce dziwne wydarzenia, natrafiliśmy na sympatycznie wyglądającego staruszka jadącego na rowerze.
– Pytamy go? – rzucił Cyprian.
– Jasne – odpowiedziałem.
Przez otwarte okno spytaliśmy pana o to, czy nie widział w tamtych rejonach czegoś dziwnego, albo czy słyszał opowieści o dziwnym stworzeniu rzekomo chodzącym po okolicy. Staruszek zaczął się śmiać i powiedział tylko:
– Ja to tam niczego nie widziałem, ale ludzie to gadajo. Nawet w gazetach o tym było to mogę wam panowie pokazać.
Podziękowaliśmy, ponieważ znaliśmy relacje z gazet. Po zaparkowaniu samochodu zaczęliśmy przeczesywać okoliczne lasy. Ale śladów dziwnych istot nie było…
Gdy wyłoniliśmy się z powrotem na asfaltową uliczkę, znów natknęliśmy się na tego samego staruszka jadącego na rowerze w przeciwną stronę.
– I co? Są tam kangury jakie? – spytał nas wesoło.
Kangurów nie było, ale znów zaczęliśmy z nim rozmawiać. Po chwili dołączył do nas jego kolega, który prowadził koło siebie stary zniszczony, pomarańczowy rower.
Gdy obaj panowie dowiedzieli się, że jesteśmy studentami, potraktowali nas bardzo miło i zaczęli opowiadać lokalne historie i anegdoty. Opowiedzieli o zięciu kościelnego, a także o sołtysie, któremu podobno coś zabiło cielaki, ale to nie prawda… Pani, która dołączyła do naszej wesołej gromadki opowiedziała historię zasłyszaną u fryzjera. Nagle staruszek, którego spotkaliśmy na samym początku powiedział:
– Ale wiecie co? Ja to tam nie widziałem dziwnych istota żadnych a często tu rowerem jeżdżę. Ale dziś rano ło szóstej jak szłem grzyby zbierać, to wiecie co? Kozę ktoś tam wyrzucił. I beczała rano jeszcze, ale ja to tam nie wiem…
Kolega starszego pana bardzo dosadnie wyraził niedowierzanie, a my poprosiliśmy, aby staruszek zabrał nas do tej kozy.
– Ano to chodźcie panowie. To bliziuteńko to na pieszo podejdziemy.
Ruszyliśmy wąskimi leśnymi ścieżkami, a dwóch staruszków prowadziło swoje skrzypiące rowery. Wkrótce porzucili rowery pod rozłożystym drzewem koło drogi i ruszyliśmy przez pola w kierunku niewielkiego zagajnika. Byliśmy bardzo oddaleni od cywilizacji i idąc w pełnym Słońcu, spodziewaliśmy się odnalezienia martwego ciała, które kiedyś należało do kozy…
Pierwszym odruchem było to, aby napoić to biedne stworzenie. Gdy zbliżyłem do niej butelkę i zacząłem wlewać jej do pyszczka wodę, koza zaczęła łapczywie pić i się oblizywać. Wypiła (na raty) 1,5 litra wody.
Staruszkowie przenieśli ją w cień, rozmawiając między sobą o tym, czy nadawałaby się jeszcze na kotlety („ale nie bo za chuda”). Po chwili uznali, że nie warto byłoby nawet z niej ściągać skóry („bo linieje”).
– Uśpienie kozy to 20zł. Za jajka trzeba by powiesić tego, kto zrobił coś takiego kozie! – powiedział jeden z nich.
– Żeby stworzenie zostawić na Słońcu, toż to jaki bydlak musiał zrobić! – oburzył się drugi.
Po chwili panowie zostawili nas samych z kozą, obawiając się, że ktoś ukradnie im rowery („i na złom pójdą”). Poinformowali nas też, że w Młodzieszynie znajdziemy weterynarza, którą uśpi kozę.
Karmiąc ją liśćmi brzozy, nie mieściło nam się w głowie, aby ją zabić. Przecież mieliśmy przed sobą zwierzę potrzebujące naszej opieki!
Nie wiedząc dalej co robić z nowym towarzyszem naszej podróży, zadzwoniliśmy do Czarka. Okazało się, że z Vivą kontaktowało się niedawno schronisko chcące przygarnąć kozę. Czarek obiecał popytać, a my postanowiliśmy wyruszyć na poszukiwanie weterynarza, który zbada Lucy (tak ją nazwałem nawiązując do piosenki Beatlesów) i powie nam w jakim zwierze jest stanie.
Cyprian po chwili przyprowadził swój samochód, a potem we trzech przenieśliśmy Lucy do samochodu. Okazało się to wbrew pozorom dość trudnym zadaniem, ponieważ koza była bezwładna i bardzo ciężka. W końcu, z kilkoma przerwami udało się ją umieścić w bagażniku z położonym siedzeniem. Aby było jej wygodniej, Cyprian położył jej pod głowę kurtkę. Ruszyliśmy szukać weterynarza. Po spytaniu kilku miejscowych osób (w tym pani w kiosku, która była bardzo życzliwa i trzymała kciuki, za uratowanie kozy), dotarliśmy na podwórko lekarza zwierząt.
Gdy zapukaliśmy, z zupełnie innych drzwi wyłonił się silnie zbudowany mężczyzna z krzaczastym wąsem. Opowiedzieliśmy mu całą historię znalezienia kozy. Pan potarł czoło i spytał:
– Ale spytaliście czyja to koza?
– No nie, ktoś ją wyrzucił, aby umarła na Słońcu…
– Hm…
– W jakim jest stanie ta koza? Co z nią można zrobić? – spytałem pokazując na zwierze leżące w spokoju w bagażniku.
– No to będzie trzeba zrobić ubój z konieczności – odpowiedział pan weterynarz…
– Ale jest schronisko, które chętnie ją przygarnie, chcielibyśmy się tylko dowiedzieć w jakim ona jest stanie – nalegałem.
– Ktoś chce taką kozę?! – pan weterynarz nie krył zdziwienia i rozbawienia.
Po chwili odetchnąłem z ulgą, ponieważ okazało się, że w takiej sytuacji nie ma już „konieczności” zabijania naszej kozy.
Weterynarz zbadał ją, zmierzył jej temperaturę, a koza, gdy tylko podsuwało się jej liście mlecza, albo koniczynę (albo cokolwiek innego co było zielone i liściowe), dosłownie rzucała się na jedzenie i ciągle jadła. Okazało się, że Lucy jest w bardzo dobrym stanie, niedawno przeszła poród, jest starszą kozą i od jakiegoś czasu cierpi na niezborność na prawą stronę (czyli nie jest w stanie ustać na nogach i przewraca się). Dowiedzieliśmy się, że jeśli o nią zadbamy, porządnie nakarmimy i napoimy, koza może całkiem wrócić do siebie i znów stanąć na nogach i hasać :) .
Niedługo potem Cyprian i pan weterynarz postawili ją na nogi, a koza zaczęła już utrzymywać równowagę. Co prawda nie na długo, ale zawsze było to coś!
Czarek znów uratował sytuację – podzwonił po wielu osobach i… miejsce w którym koza przetrwa do poniedziałku zostało odnalezione. Było pod Grójcem, czyli 60km od nas.
Podziękowaliśmy bardzo panu weterynarzowi, który też polubił kozę i kilka razy ją pogłaskał, i znów przenieśliśmy ją do samochodu Cypriana. Koza szybko usnęła z błogą miną. Nie przeszkadzała jej żadna, cicha muzyka, ani tym bardziej nawiew. Nie wydawała też zupełnie żadnego zapachu, więc jazda z nią przypominała podróż ze śpiącym dzieckiem.
Cała historia ma jeszcze jeden ciekawy aspekt. Gdy udało nam się już uratować kozę, wszyscy poczuliśmy, że życie tego zwierzęcia jest bezcenne. I być może dla kogoś to tylko „kolejna koza uratowana przypadkiem”, ale dla tej kozy to całe uratowane życie. A poza tym nie wierzę w przypadki :D .
Gdy wieczorem wracaliśmy do Warszawy, nikomu z nas nie chciało się mówić. Włączyliśmy muzykę, Cyprian prowadził, a my odtajaliśmy. Pół godziny później ktoś rzucił pytanie:
– Wiecie panowie co?
– Mm?
– Uratowaliśmy dzisiaj kozę…
Ponieważ Cyprian jest studentem szkoły filmowej, nakręcił aparatem kilka ujęć z ratowania Lucy. Zmontowałem z tego krótki film, który możecie zobaczyć poniżej:
Post Views: 3 148
Related Posts:
Kozy wolą szczęśliwych ludzi
Niezwykłe zdolności krukowatych!
Przyjaźń międzygatunkowa – 8 niespotykanych przykładów
Od mięsożercy do obrońcy praw zwierząt. Historia Johna Fiske