Krystian10

Matka błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki

Tajemnica ks. Popiełuszki tkwi w tym, kim była jego matka. 18 października odbyła się promocja książki Mileny Kindziuk "Matka świętego".

- Nie zawaham się powiedzieć, że jest to święta kobieta - mówiła podczas promocji książki Milena Kindziuk

Milena Kindziuk, dziennikarka, autorka książki "Matka świętego" po raz pierwszy spotkała się z Marianną Popiełuszko w jej rodzinnej wsi Okopy. Ksiądz Jerzy już nie żył, a dziennikarka zbierała materiał do jego reporterskiej biografii. - Nie ma ludzkiego życia bez krzyża i cierpienia - wspominała tragiczną śmierć swojego syna. Wówczas stało się jasne, że kolejna historia będzie o niej, matce. Matce świętego.
Jej życie wcale nie było łatwiejsze od życia jej dziecka. Bo te dwa istnienia się ze sobą splatały. Mądrość Marianny Popiełuszko polegała na tym, że od początku swoje dziecko Bogu ofiarowała. - Przecież nikt nie ma dziecka dla siebie. Ono musi iść w świat, by spełniać wolę Bożą - mówiła.
Według tej zasady stała się dyskretną towarzyszką. Z matczyną troską przyglądała się, jak na stole ołtarzyki układał, jak ręce do nieba wznosił naśladując kapłana, martwiła się, gdy przez las codziennie do Mszy św. służyć chodził. Nie naciskała. Ale cierpliwie czekała, bo mając go w swym łonie prosiła Boga, by wziął go na swoją służbę. Cieszyła się, gdy po raz pierwszy do domu przywiózł sutannę.
Nie tak wyobrażała sobie jego kapłaństwo. Kiedy życiu ks. Jerzego coraz bardziej zaczęło zagrażać niebezpieczeństwo, mocniej ściskała w ręku różaniec. - Bałam się jak każda matka - wspomina. Syn o wielu rzeczach jej nie mówił. O tym, że był prześladowany i nękany przez bezpiekę dowiedziała się dużo później.
Na konferencji promującej książkę obecne było także rodzeństwo ks. Jerzego oraz kuzyn. O jego śmierci usłyszała z wieczornego dziennika. Zamilkła. Mąż Władysław krzyczał i płakał na przemian. Pojechali do Warszawy. Życie ciążyło jej jak nigdy dotąd. - Jestem bólem do samego nieba - mówiła. Starała się więcej modlić. Na nowo rozważała kolejne tajemnice Różańca przykładając do nich życie ks. Jerzego. Zbiera siły, by powiedzieć najważniejsze dla siebie zdanie: - Niech im Pan Jezus daruje. Najbardziej bym się cieszyła, gdyby się nawrócili. Ja już im przebaczyłam.
Od czasu śmierci swojego syna Marianna Popiełuszko kilka razy do roku odwiedza grób ks. Jerzego przy żoliborskim sanktuarium. - Gdyby nie jej wiara, która rozkłada na łopatki niejednego teologa, prawdopodobnie nie było by dziś męczeństwa ks. Jerzego - mówiła podczas promocji książki Milena Kindziuk.
Bo tajemnica ks. Jerzego tkwi w tym, kim była jego matka. I jak wielkie piętno odcisnęła na wychowaniu swoich dzieci. Wiara i prawdomówność - mocno wryły im się w serce. Swoją dewizę życiową streszcza jednym zdaniem "akceptuję życie takim, jakim jest".- Nie zawaham się powiedzieć, że jest to święta kobieta - mówiła autorka.
AGATA ŚLUSRACZYK
Gość Warszawski

www.archidiecezja.warszawa.pl/homepage
11 tys.
agnes_17

Ponieważ ks. Popiełuszko został beatyfikowany jako męczennik za wiarę, cud za jego wstawiennictwem zatwierdzony przez Watykan nie był wymagany (w przeciwieństwie np. do procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II). Jednak wiele osób za wstawiennictwem ks. Popiełuszki doznało uzdrowień z ciężkich chorób.
Kolano bolało sześć lat
Także Marianna Popiełuszko. Opowiedziała o tym Trybunałowi Beatyfikacyjnemu.
"Od długiego czasu zbierała mi się woda w kolanie i z powodu tego bardzo cierpiałam, miałam kłopoty ze zginaniem nogi. Kiedy przyjechałam do Warszawy na obłóczyny w sutannę księdza Kazimierza Gniedziejki, a było to chyba w 1980 roku, ksiądz Jerzy zabrał mnie siłą do szpitala na badania i operację. Było to w szpitalu Kolejowym w Warszawie. Po przeprowadzeniu badań skierowano mnie na operację kolana. Ja przeraziłam się i uciekłam do domu. Kolano nadal mnie bolało i trwało to około sześciu lat. Będąc przy jego grobie, przypomniałam mu wtedy w modlitwie, że skoro chciałeś mi pomóc kilka lat temu, możesz to zrobić teraz, żebym nie cierpiała. Z kolanem nie było dobrze, ponieważ utworzyły mi się ranki i wyciekła ropa. Tak się złożyło, że zachorowałam za zapalenie płuc i rodzina zawiozła mnie do szpitala w Białymstoku. Lekarz, badając mnie, zauważył moje kolano i powiedział że konieczna jest operacja. Wchodząc do gabinetu chirurga zobaczyłam na ścianie krzyż, których jeszcze w szpitalu nie było, pomyślałam sobie wtedy, że nic mi się nie stanie, skoro jest miejsce dla Pana Boga. Modliłam się również do księdza Jerzego, żeby mnie ratował. Chirurg obejrzał moje kolano i powiedział, że nie trzeba już operacji. Zbierająca się ropa wyschła, rana się zagoiła i od tego pory kolano mam zdrowe".