Ani jednego dnia spokoju.
Ani jednego dnia spokoju.Po ośmiu latach gorliwej modlitwy, pokuty i służby innym ludziom dotarł jednak do granicy. Uświadomił sobie, że to wszystko nie przynosi owoców. Oddał całego siebie Bogu, a mimo to każdy dzień stawał się ciężarem. Zrozpaczony udał się do przełożonego, by powiedzieć, że chce odejść.
Starszy mnich, który miał za sobą wiele lat życia na pustyni, zapytał go: „Jak długo jesteś w klasztorze, ile lat spędziłeś na pustyni?”. Młody odpowiedział: „Osiem lat”. Wtedy starzec zmarszczył czoło i rzekł: „Osiem lat?
Ja noszę swoją szatę od siedemdziesięciu lat i nie zaznałem ani jednego dnia spokoju. A ty oczekujesz pokoju już po ośmiu latach?”. Młody mnich zamilkł, bo nie wiedział, co ma powiedzieć. Zawrócił i zamiast odejść, wrócił do swojej celi.
Kryzysy duchowe i ludzkie pojawiają się zwykle wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa. Wielu uważa, że wystarczy wystarczająco mocno się postarać, by osiągnąć wewnętrzny spokój. Trzymamy się modlitwy, szukamy dobra, wybieramy ciszę, a jednak w pewnej chwili przychodzi znużenie. Nagle wszystko, co wcześniej dawało siłę, zaczyna ciążyć. W takim momencie rodzi się pytanie, które pali od środka. Dlaczego, skoro próbuję żyć uczciwie i z sercem, nic się nie układa w środku tak jak obiecano?
Historia młodego mnicha jest tu jak lustro. Chłopak chciał po prostu doświadczyć pokoju. Tego, o którym słyszał, czytał i o który prosił. Po latach oddania miał wrażenie, że jego wysiłki spadają w próżnię.
Każdy post, każda modlitwa, każde dobre słowo, wszystko to traciło smak. Przyszedł moment, w którym jego własne serce stało mu się obce. To jedna z najtrudniejszych sytuacji. Człowiek patrzy na siebie i widzi kogoś, kto błądzi, mimo że idzie tą drogą, którą przecież wybrał z przekonaniem.
Starzec, którego poprosił o radę, nie dał mu czułego poklepania po plecach. Nie pocieszył go łatwymi zapewnieniami. Zapytał o lata, a potem odpowiedział słowami, które mogły zabrzmieć surowo. A jednak w tej surowości ukryta była mądrość.
Pokój nie jest nagrodą za dobre zachowanie. Nie jest także stanem serca, który da się wymusić dyscypliną. Pokój rodzi się powoli. Wyrasta z doświadczeń, porażek i tego, co człowiek przecierpi w ciszy.
Młody mnich liczył, że jego wysiłki wystarczą, żeby by Bóg odpowiedział w przewidywalny sposób. Starzec pokazał mu, że pokój nie jest czymś, co można wypracowywać jak rzemiosło. Można modlić się całe życie, a i tak przyjdą dni ciemności. Można kochać, a i tak serce będzie rozrywane przez niepokój. Można wierzyć, a i tak pojawią się momenty, w których wszystko będzie wyglądało jak porażka.
W pewnym sensie to właśnie jest klucz.
Pokój nie rodzi się dzięki braku trudów. Pokój rodzi się tam, gdzie człowiek uczy się być wierny mimo zmęczenia. Podejmuje decyzję by wracać do swojej celi, do swojego codziennego zadania, nawet gdy nic już nie czuje. W takich chwilach dojrzewa zaufanie co do swojej misji.
Kryzysy bywają terenami pustynnymi, ale pustynia nie zawsze jest miejscem śmierci. Czasem okazuje się miejscem, w którym wszystko co zbędne odpada. Człowiek zaczyna wtedy widzieć, że pokój nie jest emocją. Jest postawą serca, które wie, że nie musi wszystkiego rozumieć, by trwać. Ktoś, kto przechodzi kryzys, jest często bliżej prawdy niż ten, kto bezrefleksyjnie powtarza słowa o bezproblemowym życiu.
Warto też zauważyć, że powrót młodego mnicha do celi był bez wątpienia aktem odwagi. Powrót bywa trudniejszy niż odejście. Odejście pozwala uciąć ból jednym ruchem. Powrót oznacza spotkanie z tym wszystkim, co wciąż boli.
To właśnie ten gest otwiera drzwi do innego rodzaju spokoju. Nie takiego, który opiera się na perfekcyjnej modlitwie, ale na wytrwaniu na obranej drodze.
Każdy z nas nosi w sobie jakąś pustynię. Bywa cicha, bywa nieprzyjazna, czasem wciąga człowieka jak ruchome piaski. A jednak tam, w tej przestrzeni, dojrzewa zaufanie. Jeśli człowiek potrafi wytrwać, poczuje pewnego dnia, że w środku dojrzewa do czegoś wielkiego. Nie z powodu braku trudów, lecz dlatego, że te trudy stały się miejscem spotkania z Bogiem.
Może właśnie o to chodzi. Pokój nie spada z nieba. Pokój przychodzi małymi krokami. Rozlewa się, gdy człowiek wydaje się być na skraju. Jeśli tylko w tym momencie nie odejdzie, jeśli wróci do swojej celi tak jak młody mnich, odkryje, że to, co najtrudniejsze, stało się fundamentem jego siły.
Kryzys nie musi być końcem. Może być początkiem nowej głębi. Wystarczy jedno: pozostać. Pozwolić, by czas, cisza i wierność wykonały swoje dzieło.
Któż jak Bóg » Dwumiesięcznik o Aniołach i życiu …